Z powrotem w siodle czyli 1/2021 z serii: Ja i mój rower


No i stało się to o czym wspomniałem ostatnio, mój rower przeszedł mniejszym, ale bardzo ważnym serwisem no i postanowiłem sprawdzić na co go stać😉. Był czwartek, miałem wolne, ale jak to ze mną bywa najpierw musiałem coś koło domu porobić, abym sobie nie czynił wyrzutów, że nie dotrzymałem starego zwyczaju, że najpierw obowiązki potem przyjemności😁.
Oczywiście też nie obyło się bez przygotowania trasy, bo kto mnie zna, wie, że pomimo gotowości do spontanu najczęściej planuję wszystko do ostatniego szczegółu. Czasami nie wychodzi ale to już inna inność😂. Wyjechałem punktualnie o 17. Nie, bez obaw, nie było to zamiarem, po prostu tak wyszło😉. Po drodze spotkałem znajomego, który po tym jak powiedziałem jaki mam plan, ze zdziwieniem zapytał:
- Nie za późno na taką trasę?
Ależ skąd😉. No dobra, wypadało by pokazać trasę, zanim pojedziecie ze mną dalej😉.
(foto = link do zapisanej trasy w Traseo):

Jechałem ciągle pod górę, czasami robiłem przerwy na oddech i parę łyków wody. Jak by nie było dawno nie siedziałem w siodle to nie mogłem się forsować. Mimo wszystko wszystkie podjazdy udawało mi się wjechać. Z zadowoleniem stwierdzałem, że albo coś pozostało od wcześniejszego jeżdżenia albo serio to chodzenie w góry pomaga.
Kierowałem się pod Ostry, oczywiście nie ten obok Javorowego ale ten Nydecki😉. Stamtąd w kierunku Wędryni aż do daszku na rozdrożu pod Małym Ostrym (586m) gdzie skręciłem na Grzebień pod Małym Ostrym (526m).



Tu kontynuowałem jazdę czerwonym szlakiem po samiutkiej granicy. Znam to miejsce ze swoich dwóch wypraw, też pewnie znacie jeśli czytaliście. Dla przypomnienia podpowiem, że starczy kliknąć tag: Wrozna.


Trasa dla tych tzw. tygrysków😉, co to lubią najbardziej terenowo zamiast asfaltowo😀. Zaskakiwałem się coraz bardziej, ponieważ po latach nieczynności rowerowej nadal byłem w stanie pokonywać wzniesienia po kamieniach i wystających korzeniach.


Terenowy szlak tędy przebiega raz z górki raz pod górkę. Na prawdę lepszej trasy na pierwszą po latach przejażdżkę nie mogłem wybrać. Na końcu płotu ograniczającego oborę Vrožná złapałem oddech podziwiając widoki.


Stąd jechałem dalej prosto myśląc, że i kiedyś tędy jechałem. Kiedy dojechałem do stromego zjazdu zawahałem dwa razy. Po pierwsze nie przypominałem sobie takiego zjazdu, po drugie nie miałem odwagi zjechać.


No co, za ciężki jestem! no i też wyszedłem z wprawy😝. Odważyłem się wskoczyć na rower gdzieś w połowie zjazdu i jakoś się udało ale jechałem z duszą na ramieniu czyli ostrożnie. Zakładam, że trochę pojeżdżę to odwaga wróci. Kiedy dojechałem do rozdroża przy miejscu na duuuże ognisko to już byłem pewien, że tu nie byłem. O ile się nie mylę, to miejscowi ludzie nazywają to: Dvanáct měsíčků, czyli Dwanaście miesięcy. Nazwa pochodzi od czeskiej fabularnej bajki. Musieli byście zobaczyć bajkę aby zrozumieć, opowiadać nie przecież będę😀. Zdjęcia nie zrobiłem, bo jakoś się rozochociłem w zjeździe i podążałem drogą w prawo tym samym oddalając sie od domu zamiast sie przybliżyć jadąc do Wędryni😁. Podążałem nadal czerwonym szlakiem, który jest czesko-polskim projektem o nazwie Przyroda nie zna granic. Jak się okazuje ani ja tej granicy "nie znałem" bo pomimo pewnych zakazów😉 przekroczyłem ją skręcając w Lesznej Górnej w kierunku Małej Czantorii, czyli jadąc zielonym szlakiem koło góry Tuł aż do miejsca widokowego Leszna Górna Podlesie.


W miejscu tego skrzyżowania szlaków i dróg zaczynał długi stromy odcinek gdzie rower wprowadziłem. Droga co prawda utwardzona ale wykończyła by mnie a do domu daleko😉😁.
Na końcu tej stromizny przypomniałem sobie dawno temu odwiedzane miejsca widokowe.



Ktoś wcześniej pytał czy nie za późno na taką wycieczkę?😉 No, sami powiedzcie.


Słońce zaszło za Tułem więc trzeba się ubrać i zjeżdżać do domu😁. Taaa! zjeżdżać. Żeby zjechać trzeba trochę wjechać😝. Nie jest źle, trasę doskonale znam z niektórych powrotów z Czantorii w marcu. Ten zachód słońca nie był zupełnie w planie, ale tak trochę w planie był zjazd po ciemku przy użyciu czołówki, którą niedawno kupiłem. Kiedyś się pochwalę, teraz nie mam zdjęcia😉. 
Ktoś ma coś przeciwko światłu z czołówki na rowerze? Zaraz do tego dojdziemy😁 i bez obaw powoli kończę🤣. Chodzi o to, że przez te lata niejeżdżenia na rowerze zapodziałem gdzieś rowerowe światło, które świetnie się spisywało. No, wsiąkło jak kamień w wodę! Czołówkę kupiłem głównie ze względu pieszych wędrówek i jak się okazało z zamiłowania do schodzenia po ciemku. Powiem wam ma to swój urok tylko nie mogą gdzieś w pobliżu przebiegać jakieś zwierzaki, które potem świecą na mnie swoimi ślepiami i straszą🙄. Na rowerze to i wilki, którymi u nas ciągle straszą, nie są takie groźne, bo może bym uciekł😁. Nowa czołówka serio świeci dobrze, ale to nie to co światło na kierownicy. Jadąc drogą koło Spowiedziska i dalej w kierunku czeskiej granicy musiałem nieźle uważać na szerokie waserszlogi. Nie wiecie co to waserszlog?😁 To taki kanał w poprzek drogi służący do odprowadzania wody tak aby ciekła obok a nie po drodze. Nie mam pojęcia (w tej chwili) jak się to po polsku nazywa😉. Przejazd przez taki kanał w dziennych warunkach nic trudnego, odpowiednio wcześniej podskok i jedzie się dalej. Po ciemku nie ta orientacja. no i tu sobie przypomniałem zasłyszaną kiedyś opinię co do oświetlenia rowerzysty. Jest spora różnica w widoczności podczas kąta padania światła z głowy w przeciwieństwie do światła na kierownicy. Jest wśród moich czytelników jakiś fachowiec w tej dziedzinie? Bardzo proszę o wykład😉.
Ale się nawymąrzdzałem co?🤣 Nie mniej jednak dojechałem szczęśliwy do domu z wynikiem 19km! Nieprawdaż, że wspaniały wynik jak na tak długą przerwę?


Trzymajcie kciuki aby mój zapał nie spłonął jak przysłowiowa słoma. Sami wiecie jak to ze mną jest😉. Niby mam motywację, no bo przecież "postanowiłem" zdobyć
50 szczytów w tym roku. No dobra, pochwalę się😉 mam już 19!
Trasa zapisana w "niezawodnym" Garminie i skontrolowana w BaseCamp, następnie importowana do w/w Traseo lub jak kto woli portalu mapy.cz, (foto = link do mapy):


Przeglądając mapę później potwierdziło się, że kiedy jechałem tędy przed laty (2014 i 2015) to skręciłem w miejscu punktu widokowego. Tam gdzie się skończył płot obory.

Będzie mi bardzo miło jak przewiniesz w dół i zostawisz swój komentarz lub chociaż jakąś reakcję😊.

0 Komentarze