Przejdź do głównej zawartości

3/2015 z cyklu: Ja i mój rower. Leszna G. - Kamieniołom - Nydek - Wróżna - Kaliště

T O N I      N A P I S A Ł
z cyklu: Ja i mój rower

Zgodnie z oczekiwaniami i planami, wyjechałem o 9:45 w kierunku Lesznej Górnej przez Nydek Gora.
Umówiłem się z Małgosią o 11, później niż zwykle, ponieważ miała do granicy jakichś 30 km.
Patrząc wcześniej na mapę i inne ślady, wyliczyłem, że by dojechać do granicy potrzeba mi 45 min (max. 1 h).
Jeszcze niedaleko domu w kierunku Nydek Gora, przypomniałem sobie o strusiach u jednego mieszkańca.


Wyjeżdżając dość wcześnie by bez problemu zdążyć na czas, nie przewidziałem jednak takiego malutkiego szczegółu, że nie znajdę drogi, na której mi zależało, a już raz ją odnalazłem.
Jednym z powodów "zboczenia" z kierunku, który mógłby być właściwy było okropne błoto i woda.
Zaledwie pół godziny w trasie a but już przemoczony.
Patrzę teraz na mapę, niestety w programie BaseCamp wygląda to o wiele przejrzyściej niż na malutkim wyświetlaczu Garmina.
Sami zobaczcie.

Jechałem trasą oznaczoną na biało (z tą czerwoną strzałką). Wystarczy, że pociągnąłbym kilkanaście, może kilkadziesiąt metrów wyżej (jak pokazuje żółta strzałka) i znalazłbym się na drodze po drugiej stronie granicy prowadzącej mnie pięknie do Lesznej. Jak widzicie jasnoniebieski ślad, to ten, którędy jechałem w październiku, kończąc sezon.
Zmieniając trasę, czułem, że będę miał spóźnienie, aczkolwiek miałem nadzieję, że gdzieś nadrobię po drodze. Tylko że to początek sezonu i kondycja gorzej niż słaba, a jakby nie było, podjazdów sporo.
Mimo wszystko pedałowałem ile sił w nogach, często ze zgrozą obserwując niebezpiecznie rosnące tętno do okolic 180!
Już po tętnie widać, że jakiś słabszy jestem.
Dotarłem na miejsce z 15 minutowym spóźnieniem.
Moja towarzyszka podróży już zrezygnowana i wątpiąca, jeśli w ogóle dojadę.
Złośliwości losu tego przedpołudnia się sprzysięgły, ponieważ nie mogła mi wysłać wiadomości ani do mnie zadzwonić. Ja do niej nie dzwoniłem, by nie tracić cennych minut.
Jeszcze teraz mam wyrzuty sumienia za to spóźnienie, a ci co mnie znają, wiedzą dlaczego. Bardzo nie lubię się spóźniać, a mało tego, nie zdarza mi się to prawie wcale.
Zrządzeniem losu, Małgosi obawy były poparte tym, że już kiedyś się umówiliśmy na wspólną jazdę, ale nie dotarłem z powodu kapcia. którego złapałem zjeżdżając z Czantorii do Przełęczy Beskidek.

Dotarłem. Odsapnąłem i pojechaliśmy zaplanowaną trasą (podgląd jako przygoda Garmin lub w Traseo).
Jako początek trasy wybrałem przejazd koło kamieniołomu w Lesznej Górnej.
Nie wiedziałem czy to będzie godne uwagi, ale nic nie szkodziło by sprawdzić, tym bardziej że, jak wiecie, lubię odkrywać nowe miejsca.
Rzeczywiście można by powiedzieć, że nic szczególnego, aczkolwiek skały w okolicy mi się bardzo podobały.


Ustawiłem samowyzwalacz i niewiele brakowało a musiałbym schodzić z powrotem by na nowo go ustawić.
Zmierzaliśmy pod górę Tuł przez rezerwat Zadni Gaj.
Jestem przyzwyczajony, że w niektórych miejscach lasy są bardzo obfite w czosnek niedźwiedzi, ale tu była tego istna plaga.


U mnie w ogrodzie już kwitnie, tu jednak ma jeszcze opóźnienie.
Strome wzniesienie, więc licząc się z moim brakiem kondycji odbyło się pierwsze wprowadzanie roweru pod górkę.


Jak zerkniecie na mapę (na zrzucie oznaczone niebieskim kółkiem), szliśmy mało wydeptaną ścieżką przez łąkę, która odbiegała od wyznaczonego szlaku, ale widoki za nami były tego warte.


Nasza wycieczka była pół na pół terenową i asfaltową. Zapomniałem dodać, że rower Małgosi w ogóle nie przystosowany do terenowej jazdy, co jednak nie oznacza, że i osoba na rowerze.
Mało tego, że aby wybrać się ze mną w trasę przyjechała z Bielska to jeszcze "musiała" znosić moje zamiłowanie to jazdy bezdrożami.
Kolejna osoba ma mój wielki szacun i podziw.
Jak zwykle utrwalaliśmy naszą jazdę zdjęciami, czasami poświęcając się dla idealnego ujęcia,🙂


Od góry Tuł pod Małą Czantorią dojechaliśmy do Spowiedziska.


Kawałek dalej przejechaliśmy granicę państw i wjechaliśmy do Nydku Gora chyba w jego najdalej wysuniętym punkcie.
Kierując się pod Ostry Vrch jechaliśmy żwirową drogą, szlakiem oznaczonym 6086.
Roślinność jeszcze nie taka bujna, więc mogliśmy zobaczyć przebytą trasę od Údoli Gory (Dolina Gory) 


a w innym miejscu wielki kawałek miejscowości, w której mieszkam.
Kilkakrotnie zaznaczałem, że do domu mam zaledwie 3 km i to z kilku miejsc, gdzie spotykaliśmy skręcającą w dół dróżkę.
Czas na pierwszą przerwę. Na to wybraliśmy daszek na rozwidleniu pod Małym Ostrym.


Normalnie większość turystów zjeżdża dalej 6086, ale ja wybrałem ścieżkę w górę na grzebień pod Małym Ostrym, na którym łączą się szlaki na Wróżną i Czantorię.
Jak dla mnie rewelacja, bo trasa leśna, która nie licząc, że trzeba było rowery wprowadzać, to przyjemny kręty zjazd.
Jechaliśmy granicznym pasmem tuż obok wspomnianej kiedyś Obory Walaski. Zwierząt tym razem nie dostrzegliśmy nawet w oddali.
Trasa przebiegała bez niespodzianek i zgodnie z planem, co mnie bardzo cieszy po nieudanym przyjeździe ze spóźnieniem.
Kolejnym punktem było miejsce zwane Nad Kalištěm, a Kaliště to jeziorko, które otrzymało swoją nazwę od "kalenia" czyli "hartowania". Więcej informacji dotąd nie uzyskałem, ale samo miejsce dość imponujące, do którego moja towarzyszka dzielnie dojechała, nie bacząc na nierówności terenu.


Dla mnie zapewne większa frajda, bo rower do takiego terenu przystosowany.
Miejsce fascynujące chociażby z tego powodu, że znajduje się nad urwiskiem z widokiem nad korony drzew.


Stąd nie widać jeziorka, więc kolejnym punktem na trasie był zjazd w dół i okrążenie go.
Dzięki parze młodych ludzi dowiedziałem się, że mogę znacznie skrócić planowaną trasę skręcając w bardzo mało widoczną ścieżkę.
Sporo połamanych gałęzi, wysoka trawa nie były dla mnie żadnym utrudnieniem, a jak udowodniła Małgosia i dla chcącego nic trudnego.
Na dole, znowu pewnie dlatego, że roślinność dopiero się rozwija było idealnie widać urwisko, na którym staliśmy.


Okrążyliśmy jeziorko, które poza otaczająca ciszą mogło by się wydawać mało atrakcyjnym, wyjeżdżając na drogę zbliżaliśmy się do końca naszej wycieczki.
Bardzo przyjemny dzień. Słoneczny do ok. 12-tej, później zachmurzone ale bez opadów.
Przyjemne towarzystwo Małgosi, która również była bardzo zadowolona z widzianych po raz pierwszy okolic.
Przy sklepiku odpoczęliśmy podsumowując udany dzień. Jak zwykle posiliłem się Kofolą i rozjechaliśmy się w swoje strony.
Jestem pełen podziwu dla poświęcenia Małgosi. Po dość męczącym terenie i wzniesieniach miała do domu 30 km, może nawet ciut więcej.
Mam nadzieję, że nie będzie się zbytnio rumienić, bo ja po prostu kolejnym przykładem, chcę zachęcić innych do wsiadania na rower. Taki jest przecież główny powód pisania tego bloga i cieszę się, że poznaję coraz więcej podobnych do mnie zapaleńców.😉
Mi pozostało do pokonania około 15 km.
Byłem zmęczony ale nie wykończny, więc postanowiłem skrócić sobie drogę, co wcale nie oznaczało, że będzie łatwiej.
Po prostu chciałem sprawdzić inną alternatywę powrotu do domu z Lesznej przez Wędrynię.
Załączam do poglądu przygodę Garmin, z całej przebytej dziś trasy, 52 km.
W domu po prysznicu i obiedzie padłem jak przysłowiowa kawka, ale szczęśliwy z udanego dnia.

Komentarze

  1. Dla mnie również to była bardzo przyjemna wycieczka - połączenie jazdy terenowej z asfaltem, a na dodatek przepiękne górskie widoki! :) Mój licznik po powrocie do domu pokazał 97km, więc zaokrąglając mogę powiedzieć, że to moja pierwsza stóweczka w tym sezonie, z czego bardzo się cieszę. Po takich trasach czuję, że żyję naprawdę! :) :) :) Oby takich wycieczek jak najwięcej!

    OdpowiedzUsuń
  2. Dodam jeszcze, że w drodze powrotnej na dobitkę zahaczyłam o górę Chełm - powoli przyzwyczajam się do jazdy po górzystych terenach ;D

    OdpowiedzUsuń
  3. MałgosiuCieszę się. że zaczynasz lubić górskie trasy, to by mogło oznaczać, że jeszcze nie jedną razem przemierzymy. Gratulują oczywiście stóweczki :) Też, chociaż niesamowicie zmęczony, czuję po takiej trasie, że żyję i to nie dlatego, że się mówi, że "po 40-tce jak się człowiek obudzi i nic go nie boli, znaczy to, że nie żyje". :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Twój komentarz jest dla mnie bardzo ważny. Dziękuję.

Popularne posty z tego bloga

Polsko czeski słownik wulgaryzmów

T O N I      N A P I S A Ł
Znacie zapewne doskonale post, w którym opisuję  polsko-czeskie różnice językowe, a tam pisze, że wbrew pozorom i ewentualnie krążącym mitom, czeski język nie jest aż tak podobny do naszego. Owszem, jest wiele podobnych słów, ale nie zawsze, a raczej rzadko kiedy oznaczają to samo.
Wśród moich czeskich znajomych mam niektórych, których z jakichś tam powodów fascynuje j.polski. Są też tacy, którzy należąc do pewnej mniejszości twierdzą, że język polski znają bardzo dobrze, ba! są i tacy, którzy twierdzą, że znają go lepiej niż ja, ale to już inny rozdział.😏

Jednym z tych, którzy ciągle o coś pytają, prosząc o tłumaczenie, jest pewien muzyk (LP), którego bardziej zafascynowały te słowa, których normalnie w życiu nie używamy.
Zdobył gdzieś książeczkę - słownik wulgaryzmów polsko-czeskich (nie tylko, jak widać na okładce). Postanowiłem wybrać kilka (naście, może dziesiąt) słówek, aby wam pokazać to, co niektórych Czechów fascynuje najbardziej. Jest to bogatość …

Czantoria. Pochodzenie i otaczające ją legendy.

T O N I      N A P I S A Ł
Jadąc kiedyś do pracy kupiłem sobie gazetę, tygodnik naszego regionu.
Pomyślałem sobie, że jak będzie dobra robota na cnc to będzie czas poczytać co w trawie piszczy. Tylko nie mówcie majstrowi.😀

Czas rzeczywiście miałem, chwilami, kiedy program zadbał o to bym na chwile usiadł.
Poza informacjami z regionu z wielką uwagą przeczytałem artykuł o Czantorii i o tym skąd właściwie pochodzi jej nazwa.
Jak wiecie, Czantorię widzę, o ile nie ma mgły, codziennie z okna czy jak wyjdę z domu. Tym bardziej zainteresował mnie ten temat.

6/2016 z cyklu: Ja i mój rower. Przez Suchy na Łączkę i Filipkę

T O N I      N A P I S A Ł
z cyklu: Ja i mój rower
Gdyby nie wczorajsza 2 zmiana i powrót do domu przed północą, pewnie wybrałbym się w trasę, którą planuję już od kwietnia. Tydzień temu nawet rzuciłem hasło na fb, ale nie wypaliła pogoda.
Dobra, zdradzę wam sekret z posta 4/2016.😉Chodzi o drugie podejście na Girovą i odnalezienie dwóch jaskiń.
Wtedy już mi zabrakło sił, więc teraz w planie mam podjazd pociągiem do Mostów u Jabłonkowa, a potem przez Studeničny. Pewnie nie lekka trasa, ale obiecałem sobie.

Dziś pospałem więc plan trza odłożyć, ale czasu wystarczająco na to by odwiedzić Łączkę. Tym bardziej, że pewna znajoma podsunęła mi informację, że podobno można też z Bystrzycy Suchy.
Okolicę częściowo znam z pracy, ale tylko do ostatniego przystanku.