Nadszedł kolejny weekend i kaszel nie kaszel musiałem odpowiedzieć na wołanie gór, tak jak w refrenie jednej mojej ulubionej metalowej piosence czeskiej grupy Trautenberk "Góry wzywają, albo może jest to tylko sójka".
I tym razem skorzystałem z propozycji bardzo aktywnej organizatorki Mii i to nie tylko dlatego, że i tym razem wymyśliła trasę na dobrze mi znane szczyty. Nic przeciwko jej pomysłom, ale nieśmiało zaproponowałem małą zmianę w trasie, ponieważ o ile dopisze pogoda to szkoda by było ominąć miejsca, z których bywają na prawdę świetne widoki.
👉 čti český 🇨🇿👈
Bez problemu przyjęła moją propozycję i ufając mojej znajomości okolicy, pasowała mnie uroczyście (w grupie na messenger🤣) na przewodnika tej wycieczki. "Start" o 9tej z parkingu na dworcu autobusowym w Jabłonkowie, gdzie wykorzystałem chwilowa nieobecność uczestników i załatwiłem służbową drobnostkę, ponieważ w tym miejscu znajduje się dyspozytornia, pod którą należę w swojej pracy. Po chwili pojawiły się samochody i nasza grupa ładnie tego ranka się rozrastała.
Start trochę z opóźnieniem bo wiecie: spóźnialscy, wspólne zdjęcie, gadanie... ale nie jest źle bo już 9:15 ruszamy na szlak, gdzie już po kilkuset metrach zaprezentowałem swoja znajomość trasy tym, że skierowałem grupę nie w tę uliczkę i było "Sory! Nie tu, ta następna, za potokiem.", ups🤭, no co zdarza się, a na swoje usprawiedliwienie mam fakt, że tędy na Stożek jeszcze nie szedłem☺️.
Nie mniej jednak dokładnie w miejscu mojej pomyłki zrobiliśmy nieplanowany postój, ponieważ nagle zadzwonił telefon Mii i okazało się, że jeszcze nie wszyscy spóźnialscy dotarli. Telefon wylądował przy moim uchu "Powiedz im gdzie jesteśmy".
Pagórek jest oficjalnym szczytem w mapach z nazwą 🏔️Piprečka (519 m), a jeszcze do marca zeszłego roku nazywał się po prostu Na vrchu, ale zapewne pod wpływem czyjejś inicjatywy nazwa została zmieniona. Nie wnikałem w pochodzenie nowej nazwy, ale zapewne tak właśnie to miejsce nazywają mieszkańcy Piosecznej. Nikomu nie mówcie, ale jednym z głównych powodów dlaczego zboczyłem z trasy było oczywiście Górobranie🤭, ale sami musicie przyznać, że takich widoków by nie było idąc szlakiem, który szedł wzdłuż ulicy.
Kawałek dalej wróciliśmy na szlak gdzie, nie licząc "stromego" podejścia na Pipreczkę, teraz dopiero zaczęła górska wycieczka.
Z tempem, przynajmniej niektórzy z nas, nie przesadzaliśmy i kiedy ktoś wpadł na wspaniały pomysł zrobić przerwę na herbatkę to nie było żadnych sprzeciwów.
Mój niedoleczony kaszel dawał mi się we znaki nieprzyjemnym uczuciem na oskrzelach i obawiałem się, że skończy się to jak tydzień temu, że właściwie 3 dni przeleżałem🤭. Mimo wszystko nie mogłem się oprzeć wołaniu gór i wyprzedzając czas zdradzę wam, że teraz kiedy piszę to opowiadanie nie jest z tym kaszlem gorzej a wręcz wygląda na to, że może wreszcie zniknie zupełnie.
Jako przewodnik wycieczki wcale nie byłem na początku maszerujących, więc kiedy wyszliśmy tuż powyżej hotelu Bagieniec to musiałem zawołać tych zbytnio śpieszących się aby mogli zobaczyć dwie bajkowe postacie, o których im wcześniej mówiłem, aczkolwiek nie mówiąc co to takiego jest😀.
Lata wstecz to miejsce poza oferowanym piwnym spa było dostępne dla przechodzących tędy turystów, ale po zmianie właściciela już takiej możliwości nie ma, więc po krótkiej zdjęciowej przerwie szliśmy do kolejnego punktu trasy, którą wspaniałomyślnie uatrakcyjniłem☺️.
Fakt, że właścicielowi są turyści obojętni nie podoba się nawet miejscowym i kawałek wyżej jest mały bufet. Niestety jeszcze chyba za wcześnie, bo to dopiero koniec lutego, nie oferował żadnych dobroci, więc pozostało zachwycać się wiejską sztuką.
Główny powód mojej propozycji zmiany w trasie Mii był właśnie ten punkt widokowy.
Zwykle nie pożyczam sobie zdjęć, ale dla dodatkowego oddania uroku tego miejsca zrobię wyjątek🤭.
Kolejnym punktem na trasie, można powiedzieć nic nie znaczący dla reszty wędrowców był szczyt 🏔️Kamenný vrch (912 m).
Stąd już tylko 200 metrów na szczyt 🏔️Kyčera/Kiczory (989 m), który dla mnie był oczywistością, ale i dla większości z grupy był na tyle atrakcyjny, że zawrócili od skały, aby tu zawitać.
Skały na Kiczorach były głównym celem wycieczki Mii.
Zima się tu jeszcze nie poddaje, śniegu jeszcze sporo, ale nie powstrzymało mnie to podejść jak najbliżej szczytu 🏔️Krkavice/Kyrkawica (976 m) i chociaż dałoby się zapisać ze szlaku to zaryzykowałem wejście w nawet 25cm śnieg.
Drogowskaz informujący o szczycie znajduje się parę metrów niżej.
Stąd już tak zwany rzut beretem do schroniska na Stożku, gdzie początkowo przeraziła nas ogromna kolejka oraz brak miejsc siedzących, to jednak zanim doczekaliśmy się na pyszne jedzenie, w moim wypadku zupę czosnkową, to miejsca się zrobiły i kolejka po nas nawet skończyła. Zupa dobra, ale trochę mało ciepła😊. Koleżanka siedząca obok tak samo oceniła swoją pomidorową i trochę waham czy im to napisać czy nie i to wcale nie w negatywnym sensie, bo obsługa była bardzo miła i biorąc pod uwagę te tłumy nawet szybka☺️, to może po prostu nie byli tego świadomi, bo przecież palca do każdej zupy chyba nie wkładają aby sprawdzić😜😀.
Posiedzieliśmy około 45 minut i ruszyliśmy w "drogę powrotną" zahaczając oczywiście o szczyt 🏔️Velký Stožek/Stożek Wielki (978 m) i to nie tylko ze względu na moje Górobranie, ale przede wszystkim na ten kawałek schowanej skały, który obiecałem towarzyszom wędrówki pokazać.
Cieszy mnie bardzo, że moja "niespodzianka" na trasie się spodobała. Tę skałę odkryłem dzięki Marcinowi z Wisły, z którym miałem kiedyś przyjemność chodzić parę razy w góry wraz z grupą, którą wtedy nazwaliśmy Turbo Ślimoki😍. Stożek jak już wspomniałem znałem od lat, ale dzięki niemu dopiero w listopadzie 2014 dowiedziałem się o jej istnieniu i od tego czasu pokazuję swoim znajomym.
Szczyt 🏔️Stożek Wielki (978 m) zapisany w tym roku po raz drugi, więc bez punktów a ponadto "zepsuł mi" statystykę, ponieważ dotąd liczba odwiedzonych szczytów odpowiadała liczbie punktowanych. Taki nic nie znaczący szczegół, gdzie po prostu byłem ciekawy ile szczytów takim sposobem uda mi się nazbierać. Mam bowiem znajomych, którzy NIGDY nie zapisują tego samego szczytu drugi raz i to już kilka lat. To tylko kolejny fakt, który potwierdza, że każdy może sobie dostosować osiągnięcia z aplikacją do własnych upodobań.
Towarzysze dzisiejszej wędrówki mnie trochę zaskoczyli kierunkiem, który obrali. Już myślałem, że chcą schodzić po granicy ścieżką, którą nazwałem "dla górskich kozic"😀, ale oni tylko szli podziwiać kolejne widoki.
Ścieżkę dla kozic górskich ominęliśmy, ale nawet zejście szlakiem nie było zbyt łatwe. Mokry śnieg niechcący przyśpieszał nasz marsz do takiego stopnia, że postanowiłem jednak wyciągnąć raczki z kieszeni. Po ich założeniu przebiegłem obok czekających na mnie z okrzykiem "no to nara!"🤣. Trochę się zdziwili, że przewodnik ich opuszcza w takim stylu, ale oczywistą oczywistością było, że po kilkunastu metrach na nich poczekałem🤭. Bezsprzecznie komfort schodzenia żółtym szlakiem w kierunku Konihlavy się zmienił, a kiedy śnieg się skończył to trochę niepewnie je zdjąłem mimo to, że czułem w kościach, że jeszcze jakaś śnieżna niespodzianka się trafi.
Udało nam się dogonić resztę grupy, którzy nie zachwycali się widokami na górze tak długo jak my i po chwili zapisywałem już "ostatni" na dziś szczyt 🏔️Konihlava (776 m)
Ostatni szczyt? Hm🤔. Co powiedzą, kiedy oznajmię, że odskoczę 250 metrów po jeszcze jeden?🤭
Niespodziewanie na rozdrożu hřeben nad Zimným niespodziewanie dołączyli do mnie Tomasz z Daliborem, a kiedy zapisywałem dziś już na prawdę ostatni szczyt 🏔️Čupel (757 m) Tomasz, z którym poznaliśmy się zaledwie tydzień temu, stwierdził, ze jeszcze kilka wycieczek w moim towarzystwie i też sobie zainstaluje tę aplikację😀.
Parę metrów dalej jest na mapie dróżka, której nie chciałem proponować grupie, ponieważ nie wiedziałem w jakim jest stanie i czy nas bez problemu doprowadzi do celu. Zaproponował ją teraz Dalibor, który był jednym z tych, którzy sprawdzają mapę pomimo tego, że na trasie jest przewodnik. Trasa zaskakująco świetna, którą doszliśmy do żółtego szlaku w miejsce, gdzie musieliśmy poczekać na osoby, które tak niegrzecznie opuściliśmy🤭. Miejmy nadzieję, że będzie nam wybaczone, ale teraz już do samiuśkiego celu szliśmy raźnie razem.
Po drodze trochę się zdziwiliśmy twórczością miejscowych "Przystanek u Brna", gdzie na chwilę były poddane pod wątpliwość moje uprawnienia przewodnika🤣.
Siedmiogodzinną wyprawę prawie zakończyliśmy na dworcu autobusowym w Jabłonkowie, ale mając nadal ten sam wesoły humor jak na początku postanowiliśmy przemieścić się do Gródka gdzie zajęliśmy prawie całą restaurację łącząc 3 stoły🤭.
Po około godzinie rozjechaliśmy się do domów, gdzie ja miałem oczywiście najbliżej. Z uśmiechem na twarzy po bardzo mile spędzonym dniu podliczałem dzisiejsze wyniki:
Niespełna 20 km i 7🏔️szczytów
Która bajka wam przyjdzie na myśl patrząc na tę mapę?
Dziękuję wszystkim za świetny dzień😍. Do zobaczenia niebawem.















































0 Komentarze
Twój komentarz jest dla mnie bardzo ważny. Dziękuję.