Właściwie od parkingu w Komorní Lhotce do pierwszego szczytu było tylko 3 km, z czego 1 km główną drogą, potem jakieś 400 metrów utwardzoną i odśnieżaną drogą ze względu na kilka domów. Potem zaczęło się to niekończące się podejście leśną drogą. Na początku na szerokość traktora czy innych leśnych pojazdów, ale potem dalej coraz bardziej stromą wąską ścieżką. Obawiałem się również, że w tym śniegu nie będzie łatwo, ale uspokoiła mnie masa wydeptanych śladów… zwierzęcych😀, a do tego przede mną to niekończące się podejście, gdzie patrząc przed siebie widziałem, że to jeszcze nie koniec😥.
Niezliczoną ilość razy czekałem na swoje powolne płuca, ale szło mi się nawet dobrze. Co prawda mam na dziś dwie ewentualności trasy, ale nie jest to coś z czym bym nie dał rady, więc nie ma pośpiechu, więc znalazł się też czas na selfie, których nie robię zbyt często, ale milcząca Bibi chciała😀.
Jeszcze wchodząc pod górkę zauważyłem jakąś bliżej nieokreślony obiekt😉.
Założę się, że od tej strony nikt do tej chatki nie chodzi.
Obok jest zadaszenie. a kawałek obok duże miejsce na ognisko.
Najprawdopodobniej jakieś prywatne miejsce na obozy, ale teraz było tu cicho i pusto. Gdyby to nie był początek mojej dzisiejszej trasy, to byłoby idealne miejsce na odpoczynek i dłuższy postój, ale ruszyłem dalej i po kilku metrach wyszedłem na „dojazdową” drogę, której, jak sądzę, nie ma nawet na mapie, i tym razem wyjątkowo nie będę zgłaszał do mapy.com🤭.
Wybaczcie ten długi wstęp🤭, ale po prostu nie mogłem się powstrzymać od tych detali, ale teraz już to pójdzie szybciej, bo do pierwszego szczytu zostało jakieś 500 metrów, a dokładnie przy nim dołączała ścieżka z lewej razem ze śladami dwóch osób. Na sto procent Górozbieracze, bo wydeptali ścieżkę do drzewa z tabliczką i słupkiem szczytowym😍. Wg rozmiaru butów: mężczyzna i kobieta, nie mogą być daleko przede mną, bo moje „tropicielskie oko” mówiło, że ślady są świeże.
Przyspieszyłem kroku z zamiarem ich dogonienia, ale kolejny szczyt oddalony zaledwie 300 metrów zatrzymał mnie przy próbie znalezienia jakiegoś oznaczenia tego patronackiego szczytu. Szczyt Agatka (765 m) powinien być gdzieś tutaj, ale niestety nic nie znalazłem. Pewnie schowane pod śniegiem.
Naprzeciw miejsca, gdzie powinien być szczyt, zauważyłem jakąś skrzynkę na drzewie, ale przez niepewny teren w głębokim śniegu, gdzie kijki wbijały się na ponad pół metra, odpuściłem sobie sprawdzanie co skrywa.
W drodze na kolejny szczyt faktycznie zbliżałem się do jakiejś pary ludzi, ale kiedy poszli dalej niebieskim szlakiem zamiast prosto w kierunku szczytu, stwierdziłem, że to jednak nie oni.
Strome podejście wynagrodził mi chyba jedyny widok tego dnia, z miejsca, gdzie ścieżka, którą przyszedłem od niebieskiego szlaku, przechodzi przez czerwony.
Na szczycie Kotař (861 m) byłem pod koniec listopada i od tamtej pory jakoś nadal nie udało mi się ustalić pochodzenia nazwy Chlupáč🤔.
Tu mój poprzednik poszedł tu w lewo, a w prawo już nie było żadnych śladów.
Na szczęście śniegu nie było aż tak dużo, więc leciałem w dół aż się za mną kurzyło😀. Gdy wróciłem na czerwony szlak, zwróciło moją uwagę to drzewo. Podobnych w okolicy było więcej😍.
Kolejny szczyt: Čupel (872 m). Miejscami padał śnieg, czasami pojawiała się mgła, ale ku mojemu zaskoczeniu, mimo mrozu, na szlaku spotykałem całkiem sporo turystów, a kolejny szczyt, który był również poza znakowanym szlakiem, też nie był bez ludzkich śladów.
Obok szczytu Prašivá (843 m) od mojej ostatniej wizyty ktoś zamontował na drzewie skrzynkę.
Teraz został już tylko jeden szczyt: Malá Prašivá (707 m), i ciepła zupa.
Chata pełna ludzi i gdybym nie szedł sam, to większą grupą na pewno nie siedzielibyśmy razem. Grzecznie zapytałem i się do kogoś dosiadłem. Podobnie jak na szlaku niektórzy się uśmiechali, ale pewnie nie do mnie, tylko do Bibi😀, potrafi wywołać uśmiech.
Zainteresowało to jedna małą dziewczynkę, więc powiedziałem, że to moja towarzyszka na wędrówki, żebym się sam nie bał chodzić w góry. Mniej więcej czteroletnia dziewczynka zaskoczyła mnie odpowiedzią:
„My się niczego nie boimy, nawet pająków”.
Ups🤭, chyba powinienem się zawstydzić, taki duży facet i boi się iść sam do lasu😂. A w ogóle nie jestem do końca pewny co do tych uśmiechów, no bo facet z "pluszakiem" to chyba jednak dość nietypowy widok, prawda?🤭😀Zjadłem pyszną zupę z soczewicy, na którą się cieszyłem od ostatniej wizyty, ponieważ wiedziałem, że tutaj pamiętają o wegetarianach😍. Chata pełna, ale klimat bardzo przyjemny. Przy sąsiednim stole trójka młodych ludzi grała w „Państwa, miasta” i kiedy trafili na literę D, jeden z nich powiedział „dupa”, a potem odwrócił się i rzucił „przepraszam”😂.
Nie zatrzymałem się tu długo, bo jednak postanowiłem wydłużyć trasę o jeszcze jeden szczyt. Wcale nie szkodzi, że zamiast 3 km do auta będę miał 8. Siły w nogach jeszcze były, co potwierdzało tempo marszu do Vyšních Lhot. Wyprzedzałem chyba wszystkich, którzy schodzili w dół, z tym że gdy wychodziłem z chaty, nikt przede mną nie wychodził🤭.
Szybki marsz na chwilę przerwałem, żeby zrobić zdjęcie kaskady na potoku Hlisník, po czym ruszyłem dalej tym samym tempem.
Kotly (444 m), 7 szczyt do kolekcji, który nie tylko dodał kolejny mi punkt do palindromów, ale też ciekawie przyczynił się do wygenerowanego obrazka w Wycinance. Szczyt według aplikacji znajduje się na środku zaśnieżonej łąki, ale idąc skrajem lasku po lekko wydeptanej ścieżce natrafiłem dzięki temu na słupek szczytowy i kamień, co oczywiście nie omieszkałem zgłosić autorom jako propozycję przesunięcia.
Teraz pozostał już tylko do pokonania ostatni 6km odcinek drogi do auta. Czego to człowiek nie jest w stanie poświęcić dla jednego dodatkowego szczytu, co nie?😀
Na rozdrożu na Kamenitém byłem szczęśliwy, że do auta mam zdecydowanie bliżej niż do miejsc wskazanych na drogowskazie😁.
Gdzieś po drodze przypomniałem sobie, że chciałem się wam pochwalić świetnym zakupem rękawic, po które, wiedząc że zapowiadają mróz, pojechałem w piątek wieczorem do Decathlonu.
Początkowo jechałem po inne, ale potem wpadły mi w oko te uniwersalne i co najlepsze, nie są tak grube, jak wyglądają i bez problemu dało się na nie założyć opaski do kijków (system trigger), a żeby nie zmarzły palce, kiedy będę ich potrzebował np. na telefon, założyłem pod nie cieńsze rękawiczki. No i muszę się pochwalić: bardzo dobry pomysł☺️.
Wynik tego wędrowania: 18,6 km w czasie niecałych 6h. Myślę, że całkiem solidny wynik☺️.
7 zdobytych szczytów, z czego 2 dopisały mi się do Tajenki, reszta liter się co prawda powtarzała, ale jak na razie żadna się nie zmarnowała. Mimo wszystko już wiem, że np. po literę „E” będę musiał zrobić specjalną wyprawę🤭. Do tego 2 szczyty wpadły do Palindromów i dorzuciły coś do skompletowania 20 szczytów w wyzwaniu Vytrvalec (nadal nie znalazłem odpowiedniego zastępstwa tego słowa). Po dotarciu do HoroPriusa, zanim się zdążył nagrzać do temperatury odpowiedniej do jazdy, ja już niecierpliwie klikałem stronę, aby sprawdzić, co ciekawego mi się wygeneruje🤔🤩.
To opowiadanie pierwotnie było tylko w czeskiej grupie na fb, gdzie informowałem czytelników, że jeśli doczytali aż tutaj, to powinni wiedzieć, że choć „cała” relacja była w głównym poście, to jednak między zdjęciami znajdą jeszcze kilka drobnych informacji, a nawet fotki miejsc, o których wyżej nie wspomniałem🤭. Czasem dzielę się swoimi przeżyciami w ten sposób, że na początku jest tylko wstęp, a ciąg dalszy jest pod zdjęciami🤭. No cóż… ze mną nigdy nie jest to czasami zbyt proste🤣.











































0 Komentarze
Twój komentarz jest dla mnie bardzo ważny. Dziękuję.