Przejdź do głównej zawartości

3/2016 z cyklu: Ja i mój rower. Trasą 6086

T O N I      N A P I S A Ł
z cyklu: Ja i mój rower

Wolny weekend, w moim przypadku aż 3 dni, wykorzystałem dobrze, ale tylko dziś na rowerze.
Po ostatniej wycieczce stwierdziłem, że mogę już wybierać bardziej górzyste trasy, a ponieważ postanowiłem objeżdżać pobliskie rasy rowerowe, więc tym razem wybór padł na trasę z numerem 6086, która przebiega przez Nydek. Długa trasa, która ciągnie się od Wędryni, aż do Pisku (Piasku) koło Jabłonkowa.
Na dziś wybrałem odcinek z Wędryni (Vendryně) do Nydku, a następnym razem przyjdzie kolej na kierunek przez Filipkę, Bagieniec i Bukowiec.
Już dziś możecie zgłaszać chęć jazdy ze mną.🙂

Mapy do wglądu:
Przygoda Garmin
Endomodo
Traseo

Początkowo miałem zamiar jechać z Nydku w kierunku Czantorii, następnie Ostrego, ale stwierdziłem, że z tej strony już część tej trasy przejeżdżałem kilka razy. Właściwie dopiero chwilę potem sprawdzałem mapę i zauważyłem, że początek jest w Wędryni, a to był jeden w powodów, by zacząć od początku.
W Nydku na skrzyżowaniu do Nydek Hluchova, zaczyna trasa 6087, która kończy w Bystrzycy przy trasie nr 10.
Z tej skorzystałem tylko na krótkim odcinku, a w Bystrzycy "podłączyłem się" do trasy 6085, która zaczyna w Milikowie i kończy w Lesznej Górnej, dokładnie w tym miejscu, gdzie miewaliśmy zbiórkę podczas wspólnych wycieczek.
Do końca tej trasy też nie jechałem, bo początek 6086 jest w Wędryni koło szkoły.
Jadąc przez tzw. Wędryńskie Zadki ujrzałem górę Ostry obok pasma Czantorii. Tam zmierzałem.


Nie jestem pewien skąd wzięła się nazwa Wędryńskie Zadki, ale oba kojarzące mi się z nią, pasują.
Ten pierwszy od słowa "zadek" czyli pospolicie mówiąc dupa.😜
W tutejszych powiedzonkach istnieje też takie, że "mieszkasz w kaczej..." i ta część Wędryni dość pasuje do tego określenia, ponieważ wszędzie daleko i bez swojego pojazdu dość uciążliwy dojazd do centrum miasta.
Drugim skojarzeniem jest słowo "tyły", które pasują dlatego, że tędy, bocznymi dróżkami omija się centrum i wiecznie zapchaną główną drogę I/11, by dojechać do Bystrzycy.
Bywa tu w godzinach szczytu niezły ruch, ale kierowcy są już tak wytrenowani, że napotkany samochód z przeciwka, nie bywa większym problemem na wąskiej ulicy.
Dziś niedziela, więc spotkałem tylko jeden, a rowerzyści chyba też wolą inne trasy od tej, a jak spojrzycie na mapę to sami zauważycie, że można też jechać krócej.
Kiedy minąłem te wszystkie zakręty Zadków, dojechałem na skrzyżowanie koło szkoły, gdzie zaczyna moja dzisiejsza trasa.


Bardzo przejrzyście z tymi trasami radzi sobie spory konkurent dla google, który ma spore niedostatki, a mianowicie Mapy.cz, zasilane przez "giganta" o nazwie seznam.cz, gdzie zmieniając widok mapy na turystyczny, mamy jak na dłoni wszystko czego potrzebujemy. Po zaplanowaniu trasy nie zabraknie nawet exportu do takich plików jak .gpx czy .kml, a co najważniejsze wybór podróży rowerem, czego zdecydowanie brak we wspomnianym google.
Dość reklamy, jedziemy dalej.😉

Pierwszym interesującym punktem trasy nazwanej: Śladami hutnictwa (Po stopách hutnictví) są Wapienne piece w Wędryni. Już kiedyś tędy jechałem, pamiętacie?



Dużym plusem jest, kiedy się jedzie z tego kierunku co ja dzisiaj, ponieważ jedzie się pod górkę, a nie jak kilka razy rozpędzony przeoczyłem to ciekawe miejsce.
Przy piecach postanowiłem wnieść rower po kamiennych schodach, by sprawdzić co takiego tam jest.


Kiedy wyjeżdżałem z domu bardzo wiało, ale nie przejmowałem się tym, bo wiedziałem, że w tych okolicach będę od wiatru osłonięty. Pięknie świeciło słońce co też spowodowało, że zdjęcie wyszło ciemne, a rozjaśniając je teraz straciło na jakości. No trudno.
W sumie i tak zdjęcia nigdy nie oddają żywego widoku, a mają was tylko zachęcić do odwiedzania tych miejsc, gdzie byłem.
Niezwykle kuszącym okazała się leśna dróżka prowadząca z tego miejsca, oznaczona kwadratowym zielono-białym szlakiem.


Wiem, że obiecałem, że będę trzymał się trasy rowerowej, ale pragnienie odkrywania czegoś nowego było silniejsze, tym bardziej, że na mojej mapie tego szlaku nie ma! Nie ma też w tak chwalonych mapach,cz
Jadąc tą dróżką nie spotkałem nic bardzo interesującego, ale czym dalej tym lepiej mogłem zobaczyć na Garminie, że zmierzam w kierunku wierzchołka o nazwie Vruzna, który już odwiedzałem.
Wróciłem tą samą drogą i jednak dotrzymałem słowa.


Kawałek dalej zafascynowała mnie wyobraźnia ludzi w upiększaniu okolicy swojego miejsca zamieszkania. Dmuchawiec po prostu super.


Nie ukrywam, że najbardziej podobała mi się aranżacja kawałka drzewa.😉



Wodnik nad wyschniętym stawem też niczego sobie, ale szkoda, że nie zrobiłem jednak bliższego ujęcia.


Ciągle pod górkę, ale dzielnie pedałowałem, a kiedy ujrzałem daszek na rozdrożu pod Małym Ostrym (500m) wiedziałem, że duży odcinek już za mną.


Ciekawy jestem jak uważnie czytacie moje dłuuuugie opisy wycieczek, ale kilka razy już tu byłem.


Droga z góry to ta sama, którą jechałem w zeszłym roku z grzebienia Ostrego.


Dziś nie na grzebień, ale do Nydku, jak wiecie.😉



Rowerzystów ani pieszych nie spotkałem dotąd ani jednego, ale mimo wszystko usiadłem pod daszkiem by posłuchać ciszy lasu i gór.
W tym, niczym niezakłócanym, miejscu jednak XXI wiek i powszechnie znany portal społecznościowy podsunął mi pomysł, gdzie w statusie na osi czasu proponuje "zameldowanie się" w miejscu gdzie aktualnie się znajduję.
Jak wiecie, nie należę do ludzi, którzy narzekają na FB, chociażby z tego powodu, że można wykorzystać umiejętnie zgodnie ze swoimi pasjami.
WiFi w górach to prawie niemożliwe, ale sygnał operatora z pakietem danych bez problemu połączyło i odnalazło aktualna pozycję.
Wyobraźcie sobie, że nikt tu się jeszcze nie meldował!
Co zrobiłem? Stworzyłem punkt do meldowania się i chociaż nie wiem, czy będę o tym jakoś informowany, to jestem ciekawy, czy ktoś "odpoczywając" w środku lasu odpali smartfona tak jak ja.😀
Miałem nadzieję, że przejedzie lub przejdzie ktoś, z kim mógłbym zamienić kilka słów, ale ciszę jedynie zakłócił samochód.


Turystyka samochodowa.😀
Jestem przekonany, że gdyby nie mój wzrok, to nie zawróciliby tuż za znakiem zakazu wjazdu, ale jechaliby dalej. Ja jak najbardziej mogłem.
Nie przywiązuję szczególnej uwagi, czy też nie układam w pamięci każdego odcinka wcześniej przejechanych tras, więc pocieszałem się, że męczące podjazdy powoli się kończą.
Zauważam też, że ponowna jazda tą samą trasą odkrywa miejsca, których wcześniej nie zauważyłem.
Albo ich nie było?
Nie wiem czy to kontynuacja kwadratowego szlaku zielonego, tego od Vapenky (Wapiennych pieców), ale już w miejscu odpoczynku na rozdrożu, byłem informowany o tym, że się na nim znajduję.
Teraz jednak ów szlak zostawiał mnie, skręcając w prawo do lasu.


Szlak pod nazwą: Za pięknem Wędryńskiej przyrody. Jedno z 6 miesjc, które jak sądzę, oznaczone jest podobna tablicą. Punkt na mapie oznaczyłem jako Północny Obwód, wg napisu: Severní okruh, którego przekładem nie jestem pewien, więc jeśli ktoś z czytelników zna lepsze określenie - będę wdzięczny za komentarz.
Dalej jechałem zgodnie z planem, trasą 6086 i po kolei mijałem znane mi miejsca.


Mógłbym stąd zjechać do domu, ale obietnica z moich ust, jest święta, więc kontynuowałem.
Minąłem Dolinę Gory, gdzie kawałek niżej często zawracam autobusem, ale tu znowu nie korzystam z krótszej opcji zakończenia dzisiejszej wycieczki.


Asfaltowy zjazd niezmiernie kusi, by nie używać hamulca, ale ja skręcam w lewo w kierunku Cisownicy, czy jak kto woli granicy Nydku z Leszną Górną.
Znowu podjazd pod górkę, ale wiem, że niebawem ulży moim nogom skręt w prawo.


Do Cisownicy, a po drodze do Spowiedziska jedzie się prosto, ale ja dziś, wyjątkowo, jadę do Nydku.
Coraz bardziej jestem przekonany, że z tego kierunku wycieczka jest o wiele ciekawsza, bo chociaż w większości pod górkę, to pozwala na przyglądanie się okolicom.
Jadąc odwrotnie, prędkość zaciemnia spostrzegawczość.
Kilka razy zamyśliłem się na tym, że chociaż motory zawsze mnie pociągały i można by zwiedzić o wiele więcej, ale powiedzcie sami - kto hamowałby na motorze widząc godne uwagi miejsce?
Na rowerze zwiedzi się więcej i hamowanie nie jest takim problemem.
Mimo wszystko zaskoczył mnie widok Studanky Čantoryje, koło której na pewno jechałem, ale jak dotąd nie wiedziałem, że jest tak atrakcyjna.


Wiecie co mi się dziś przytrafiło?
Otóż ja, który zawsze wszystko "zapina na ostatni guzik", nie spojrzałem na stan baterii aparatu.
Dziwię się niezmiernie, że aż tyle zdjęć zrobiłem pomimo czerwono sygnalizującej ikony "zdychającej" baterii.
Korzystając z samowyzwalacza chciałem zoomem pozbyć się widoku barierki na mostku, ale to powodowało wyłączanie się aparatu. Mimo wszystko orzeźwiający pobyt u źródła chciałem uwieńczyć.


Mała tabliczka informuje, że o ten punkt dba firma Lesy České Republiky - i chwała im za to!


Męczącym podjazdom, wbrew oczekiwaniom, nadal nie było końca, ale ku mojemu zaskoczeniu nogi nie zgłaszały sprzeciwu, a przerzutki pozwalały na kontynuowanie jazdy.
Ciągła kontrola pulsu zaczynała wzywać do zwolnienia tempa.


Być może zaczniecie na mnie krzyczeć (znając moje wcześniejsze problemy sercowe) bym nie wariował, ale serio czułem się dobrze. Zwolnienie tempa, bo przecież nikt mnie nie goni, od razu obniżało puls zarazem uspokajając zdrowy rozum, że wcale nie jadę ponad własne siły.


Wiem, że  może się wydawać, że to ciągle dużo, ale zadziwiające jest to, że jakimś cudem kondycja z poprzednich lat gdzieś zostaje, co daje mi dużą satysfakcję z osiągniętego celu, o którym wspominałem gdzieś w komentarzu do posta na zupełnie na inny temat.
Dostrzegam pewne niebezpieczeństwo w tym, że zaczynam wierzyć w to, że moje zdrowie znowu wraca do dobrego stanu, ale z drugiej strony z wiekiem i doświadczeniami jestem mimo wszystko ostrożniejszy.
Nie wierzycie?
Zdziwilibyście się jak dwa upadki, z których jeden skutkuje do dziś (prawe ramię), zmuszają do częstszego hamowania.
Jeszcze w zeszłym roku wykorzystywałem każdą okazję, by przy sprzyjających okolicznościach, czyli dobrej drodze w dół, osiągać jak największą prędkość. Dziś to było maksymalnie 45 km/h - wierzcie mi, że dało by się wyciągnąć z 60.
Mniejsze prędkości, jak już wspomniałem, mają swoje plusy - można zerknąć skąd się przyjechało.


Ostry Vrch, u którego podnóża jechałem, był teraz na zupełnie innej stronie.
Ponownie przekonałem się, że chociaż tędy jechałem, to wcześniej nie zauważyłem, by kolejny "wodopój" pod opieką Lasów ČR, wyglądał tak jak go zastałem dziś.


I w tym miejscu pozostawiony kubek, dla łatwiejszego picia. Upały dopiero (pewnie) nadejdą, ale jak na razie wystarczyła mi woda ze Studanki pod Czantorią.
Z jednej strony dopływ źródlanej wody wraz z ławeczką


Z drugiej strony imponujący "kanion", w którym niewielkie ilości tej wody, znikają w ziemi.


Pomysłodawcom i wykonawcom mój wielki szacun.


Hamując wielokrotnie zjechałem do centrum Nydku.
Trasa 6086 jedzie dalej, ale ja pozostawię to na drugi etap, mając nadzieję, że ktoś się przyłączy.

Podobnie jak z kwestią trasy 6086 (i innych) w wielu można było jechać krócej, tak samo można by napisać krótszego posta, ale ja chyba jestem poważnie gadułą.😀
Będzie mi niezmiernie miło, kiedy napiszecie chociaż kilka słów w komentarzu, abyście zostawili po sobie ślad, zarazem uspokajając mnie, że da się czytać tak długie opisy bez znudzenia.

Komentarze

  1. Jestem przekonana, że gdybyś miał motocykl, to byś hamował))) Super wycieczka, woda pewnie pyszna, uwielbiam takie wodopoje...

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Twój komentarz jest dla mnie bardzo ważny. Dziękuję.

Popularne posty z tego bloga

6/2016 z cyklu: Ja i mój rower. Przez Suchy na Łączkę i Filipkę

T O N I      N A P I S A Ł
z cyklu: Ja i mój rower
Gdyby nie wczorajsza 2 zmiana i powrót do domu przed północą, pewnie wybrałbym się w trasę, którą planuję już od kwietnia. Tydzień temu nawet rzuciłem hasło na fb, ale nie wypaliła pogoda.
Dobra, zdradzę wam sekret z posta 4/2016.😉Chodzi o drugie podejście na Girovą i odnalezienie dwóch jaskiń.
Wtedy już mi zabrakło sił, więc teraz w planie mam podjazd pociągiem do Mostów u Jabłonkowa, a potem przez Studeničny. Pewnie nie lekka trasa, ale obiecałem sobie.

Dziś pospałem więc plan trza odłożyć, ale czasu wystarczająco na to by odwiedzić Łączkę. Tym bardziej, że pewna znajoma podsunęła mi informację, że podobno można też z Bystrzycy Suchy.
Okolicę częściowo znam z pracy, ale tylko do ostatniego przystanku.

Czantoria. Pochodzenie i otaczające ją legendy.

T O N I      N A P I S A Ł
Jadąc kiedyś do pracy kupiłem sobie gazetę, tygodnik naszego regionu.
Pomyślałem sobie, że jak będzie dobra robota na cnc to będzie czas poczytać co w trawie piszczy. Tylko nie mówcie majstrowi.😀

Czas rzeczywiście miałem, chwilami, kiedy program zadbał o to bym na chwile usiadł.
Poza informacjami z regionu z wielką uwagą przeczytałem artykuł o Czantorii i o tym skąd właściwie pochodzi jej nazwa.
Jak wiecie, Czantorię widzę, o ile nie ma mgły, codziennie z okna czy jak wyjdę z domu. Tym bardziej zainteresował mnie ten temat.

Zaćmienie słońca, wierzenia, zabobony i praktyki.

T O N I      N A P I S A Ł
W związku z dzisiejszym zaćmieniem słońca, przypomniało mi się, że z tym wydarzeniem od dawna zawsze wiązały się różnego rodzaju zabobony, wierzenia.
Najprawdopodobniej tego typu przesądy czy wierzenia pochodzą i dotyczą miejsc na ziemi, gdzie bogiem jest (albo było) słońce.
Chciałbym powiedzieć, że chrześcijan i osób wierzących w prawdziwego Boga to nie dotyczy. Niestety nie było by to prawdą.