Przejdź do głównej zawartości

4/2016 z cyklu: Ja i mój rower. Trasą 6086, cz.2

T O N I      N A P I S A Ł
z cyklu: Ja i mój rower

Zgodnie z planem kontynuowałem trasę 6086 zaczynając w Nydku na skrzyżowaniu do Głuchowej.
I tym razem nie bez przygotowania. By nie stracić po drodze szlaku, wykorzystałem wcześniej mapy.cz, by oznaczyć tę trasę na całej jej długości, a że w kilku miejscach miałem wątpliwości, czy aby na pewno jadę właściwie, zapisany ślad szybko je rozwiewał.
Wiedziałem, że przede mną długa trasa z licznymi podjazdami, dlatego wyjechałem wcześniej niż zwykle, kilka minut po 10-tej.


Mapy do wglądu:
Przygoda Garmin
Endomodo
Traseo

Wiele osób zapewne dostrzega w moim charakterze pewną "cechę", a tym jest fakt, że nic nie robię bez przygotowania, przynajmniej jeśli chodzi o planowane wydarzenia. Zawsze staram się zapinać wszystko na ostatni guzik, aczkolwiek spontanu mi nie brakuje, co udowadniają liczne nieoczekiwane przygody i pomysły. Mimo wszystko dość często zastanawiam się czy owa "cecha" nie jest przypadkiem wadą. To zakrawa na swego rodzaju pedantyzm... ale nie o tym dziś post.😉
Wspomniałem tę kwestię w związku z tym, że tuż przed wyjazdem sprawdziłem temperaturę.
W promieniach słonecznych było zaledwie 14 stopni, a wg prognoz nadchodzi spore ochłodzenie.
Mimo wszystko podczas pierwszego odcinka trasy było ciepło i słonecznie.
Najpierw minimalnym wzniesieniem (około 2 km) "główną drogą" do Głuchowej, a za Domem Seniorów (Domovem Duchodců) zaczynały się podjazdy, ale ciągle asfaltem.


Minąłem kilku pieszych turystów, a w którymś momencie oni mnie, kiedy zdejmowałem kurtkę.
Niecierpliwie oczekiwałem pierwszego punktu w urządzeniu, który proponował skrót do Hospůdky u Irky.
Doskonale pamiętam, że jadąc tędy kiedyś chętnie skorzystałem z tego skrótu, po tym, jak stwierdziłem, że na podjazdy pod górę jeszcze za wcześnie.
Śmiało kliknijcie na podlinkowaną treść, krótki opis, wtedy dopiero moje pisanie się rozkręcało.😀
Podobnie jak moja przygoda z rowerem po górach.
Nie bez wysiłku i nie bez odpoczynków, ale ani razu nie zdecydowałem się na prowadzenie roweru.
Nie bez znaczenia jest powiedzenie: trening czyni mistrza, chociaż do tego jeszcze sporo mi brakuje. W zasadzie, po pierwsze nie mam w zamiarze osiągać mistrzowskich wyników, a po drugie każdy z tych, kto cokolwiek robi już jest mistrzem, bo najważniejsze jest, by nie stać w miejscu.
W kwestii osiągania dobrych wyników dzięki treningom, zauważyłem, że zdecydowanie nie robi mi problemu ruszenie z miejsca pod górkę. Kiedy zaczynałem swoją przygodę po górach, koleżanka Martina "zabrała mnie" na wyjazd po okolicy. Wtedy albo zakręciłem kołem w miejscu ze względu na "wrzucony bieg", albo przednie koło podnosiło się w górę.
Wiele męczących prób, ale po czasie widzę, że to kwestia wprawy.
Dlaczego to wspominam?
Dlatego, że czasami spotykam się w swoich znajomościach z tym, że ktoś powątpiewa w to, że w ogóle podoła wyzwaniu. Początki bywają trudne, ale do czasu.🙂
Na skrzyżowaniu (rozcesti) pod Polednou skończył się asfalt i zaczęła szeroka leśna droga.
Ponieważ kilka razy miałem przyjemność tędy jechać, pamiętałem, że najbliższy zjazd trzeba maksymalnie wykorzystać na to by następujący podjazd nie był tak długi.

Kiedy dotarłem do kolejnego punktu, którym jest wodopój nazwany przeze mnie "pod Filipką", wiedziałem, że koniec pierwszego etapu blisko.


Zauważyliście, że bardzo często mój rower pięknie stoi, chociaż nie ma stopki?😉
Zawsze dbam o to by nie cierpiały przerzutki ani tarcza hamulca, a przy okazji przypomniało mi się, że ostatnio zauważyłem gdzieś bawiące się dzieci, z tego jedna dziewczynka, która podjechała na rowerze. Bez zbędnych ceregieli zsiadając z roweru puściła go niekontrolowanie na ziemię. Aż mnie serce zabolało!🙂

W chacie na Filipce, a w zasadzie pod Filipką, odpocząłem popijając "čepovanou" Kofolę.
Turystów (pieszych) ku mojemu zadowoleniu sporo, ale nie na tyle by długo czekać w kolejce.
Dlaczego "ku zadowoleniu"?
Jakoś tak mam, że cieszy mnie, że pomimo tego co mówi się powszechnie o ludziach, że wolą siedzenie przed TV lub PC wychodzą jednak z domu by pobyć w przyrodzie.
Gdzieś (i to nie raz) pisałem, że należę do grupy ludzi nazwanych "niepoprawni optymiści" jak i tych, którzy nie tracą wiary w ludzi, pomimo wielu przykrych sytuacji, a w takiej własnie sytuacji wraca moja wiara.🙂

Na szczyt Filipki zostało jakieś kilkaset metrów (ok. 400). Zanim pokonałem stromy podjazd rozejrzałem się wokoło.



Nic nie zastąpi widoku na żywo. Umysł nie ogarnia tego piękna, a aparat potrzebował aż 5 ujęć.
Po drugiej stronie zza drzew wyłaniał się Javorovy.


Pierwsze duże zadowolenie ze stromego, posianego kamieniami i korzeniami, wjazdu.
Pośmieszki schodzących akurat kilku młodych ludzi, którzy niekoniecznie przybyli tu dla kontaktu z przyrodą. Chyba, że w przyrodzie lepiej przyswaja się alkohol.😉

"Chatka" na szczycie jak i reszta, nie uległa zmianom, ale spróbujcie znaleźć kilka różnic odnajdując w moich postach ujęcia z tego miejsca.😀





Zawsze powtarzam, że po męczącym wjeździe zawsze czeka nagroda.
Pierwszy w tym roku terenowy zjazd.
Ponieważ ten szczyt zdobyłem (z odwrotnego kierunku) z drogą mi przyjaciółką Martiną, więc i tym razem o niej pomyślałem. To ona "uczyła mnie" bym nie ignorował potrzeby obniżenia siodełka, aby bezpieczniej zjechać. Każdy popełnia błędy albo spotka go nieoczekiwane zdarzenie i następuje bolesna "gleba". Dziwiłem się wtedy trochę, kiedy od tego czasu miała "strach" ze zjazdów.
I tu okazuje się, że "wszystko ma swój czas".
Jeszcze rok temu nie używałbym aż tak często hamulca jak dziś.

Przy okazji zaniepokoił mnie dźwięk szczęk na tarczy!
Wahałem dziś czy w ogóle jechać, bo prognoza pogody niepewna, a teraz hamulec.
Do skrzyżowania pod Stożkiem miałem czas na decyzję o powrocie, ponieważ długa droga przede mną i zapewne niejeden zjazd gdzie bez hamulców się nie obejdę.
Tymczasem przede mną spory kopiec, który zaczyna tuż za skrzyżowaniem nad Zimnym.
Wcześniej trochę błota, w miejscu które mile wspominam dzięki wspólnej wycieczce z kilkoma znajomymi. O ile dobrze pamiętam nigdy dotąd nie pokonałem tego wzniesienia.

Z przeciwnego kierunku spotkałem i "pozdrowiłem" turystów ze Stożka i miło połaskotało mnie po moim ego stwierdzenie jednej pani do chłopca: "Tutaj należy się szacunek".
Po tonie jakim zostało to powiedziane wywnioskowałem, że być może synek pytał jak osioł ze Shreka: "Daleko jeszcze?"😀
Szczytu jednak nie pokonałem bez zsiadania z roweru🙁 i chociaż trochę zawiedziony, to w dużym stopniu dumny, bo pokonałem większość i zadziwiająco poczułem się w dobrej formie.
O tym przekonałem się dziś kilka razy.😉
Na wierzchołku zwanym Konihlava, 775m odsapnąłem i znowu z obniżonym siodełkiem zjeżdżałem do skrzyżowania, na którym jednak zdecydowałem, że nie zjeżdżam drogą pod Soszowem do domu, ale kontynuuję plan. Hamulec, który czasami wydawał nieprzyjemne przerywane dźwięki poza tym działał bez zarzutu.

Na początku wspomniałem o tym, że trasa miejscami rzadko znaczona i chociaż w miejscu, gdzie mam waypoint o nazwie: "czerwonym, środkowa trasa" nie miałem wątpliwości, to punkt zostawiam. Powstał podczas jazdy na Trójstyk, wtedy szukałem najkrótszej drogi, dziś bez względu na długość nie zbaczałem z trasy 6086.
Teraz zmierzałem do skrzyżowania na Groniček, sedlo (824m). Było to "dawno temu" i dziwiło mnie, że jest tak daleko, ale w końcu dojechałem.


W tym miejscu odpoczywał pewien starszy pan, który nawet oferował się by mi zrobić zdjęcie, ale stwierdziłem, że nie ma potrzeby, bo przecież kilka zdjęć stąd już jest w blogu.
Kiedy się zatrzymywałem, on ruszał.
Zanim się napiłem wody oddalił się na jakieś 100 metrów.
Z podziwem patrzyłem jak odległość wcale się nie zmniejsza!
On szedł pieszo - ja na rowerze!
Spojrzałem kilka razy na licznik: ciut powyżej 4km/h i wiecie co pomyślałem?
Wyraziłem nadzieję, że będąc w jego wieku będę miał tyle siły co on by tak maszerować pod górę.

Nie stromo, ale każde zwalnianie tempa powodowało, że pan coraz bardziej mi się oddalał.
Liczyłem na to, że moja pamięć nie zawodzi i zakodowana w mózgu informacja okaże się prawdziwa. Utkwiło mi bowiem w pamięci, że wzniesienie trwa 1 kilometr, więc dzielnie pedałowałem. Faktycznie po kilometrze dotarłem na miejsce, które poza oferowanym zjazdem zachwycało widokiem na Jabłonków i okolice.


Jak zwykle zdjęcia nie oddają widoku na własne oczy, ale i tak połączyłem 4 w programie Hugin (znacie coś lepszego na szybkie i efektywne łączenie zdjęć - darmowe?).


Stąd zaczyna utwardzona droga w dół pomiędzy domami do piwnego sanatorium w Bagieńcu. Tu dopiero dogoniłem tego starszego pana.


Sanatorium polecam, aczkolwiek słyszałem o tańszej opcji w mieście Štramberk niedaleko miasta Kopřivnice z muzeum Tatry. Można by pomyśleć o wycieczce, nie tak daleko.🙂

Ostatnio zafascynowała mnie twórczość ludzi w upiększaniu okolicy (poprzedni post: kawałek drzewa i wodnik). Tym razem napotkałem przy drodze atrakcję w postaci starej maszyny rolniczej.


Odwiedziłem Shreka z Fioną.
Jak oni to robią, że ciągle w niezmiennej formie?


Czyżby te bagienne (Bahenec) kąpiele lub te piwne?😉
Nie zaprosili do środka więc jechałem dalej. To dopiero drugi punkt mojej wycieczki.
Poza tym kusząco w dół wiła się przede mną asfaltowa droga.
Sporo zakrętów i ostrożność powodowała częste hamowanie, ale i tak w bardziej przejrzystych miejscach prędkość przekraczała 50km/h.
Spocona koszulka nawet pod kurtką pozbawiała komfortu jazdy, ale kolejnym punktem jest Pláňava, na samym dole drogowskazów przy głównej drodze w Písku u Jablunkova.


Pomimo niewielkiej ilości kilometrów coś czułem, że to nie koniec pocenia się, dlatego tę suchą koszulkę w plecaku pozostawiłem na później.
Po kilkuset metrach, od wjazdu na główną, skręciłem zgodnie z propozycją trasy 6086 w lewo.
Na mapie programu Garmina, BaseCamp, trasa 6086 skręca w lewo wcześniej, ale na drodze oznaczona jest dobrze i jak sądzę na innych mapach również.

Asfaltowo, ale ciągle pod górę.
Opadałem z sił, był czas najwyższy na posiłek.
Miałem w kieszonce czekoladę, ale postanowiłem wykorzystać dawno kupiony cukier gronowy, u nas do zakupienia w pastylkach.
Cukier dobra rzecz, ale pewnie wiele z was wie, że to tylko chwilowy dopływ energii, który szybko się wypali. Kilka razy aplikowałem licząc, że na końcu trasy będzie co zjeść.
Po drodze nic ciekawego, nawet kapliczka z krzyżem nie wzbudziła mojego dużego zainteresowania, by uwiecznić zdjęciem.
Koniec trasy zaskoczył mnie "brakiem cywilizacji" czyli upragnionego miejsca na posiłek. Po prostu skrzyżowanie szlaków i tras.




Dla wyposażonych w prowiant mimo wszystko proponowało przyjemne zadaszenie.


Obok mapa z niezidentyfikowaną nazwą: U Rathouskeho.


Nie pozostało mi nic innego jak zebrać siły na kolejny punkt, bo to nie koniec zaplanowanej trasy.
Informacja na drogowskazie, że do chaty na Polance pozostał tylko 1 kilometr dodawała mi sił, powtarzając co chwila rezultat na liczniku: jeszcze 500m... jeszcze 300...!
Moim wysiłkom, by jak najdłuższą część podjazdu pokonać na siodełku, towarzyszyły dwie panie. Jak się okazało turystki zakwaterowane na Polance.
Nie udało mi się wjechać i część drogi prowadziłem rower, ale kiedy zobaczyłem ostatni, równiejszy odcinek stwierdziłem: "Na tyle mógłbym jeszcze znaleźć siły." To wywołało uśmiech jednaj z pań, że tak dla zachowania pozorów, że pokonaliśmy całą trasę.😀


Za mną 25 km dobrego pedałowania.


Dobrze, że wczoraj, kiedy planowałem trasę napisałem: "Plan na jutro: trasa 6086 - Nydek, Filipka, Bahenec, Pisek... na koniec pewnie Girova." Dowiedziałem się, że chociaż na szczyt Girova (840m) już tylko kolejny kilometr, to stromo i po kamieniach, więc o jeździe nie ma mowy.
Postanowiłem zakończyć wycieczkę posiłkiem przed powrotem do domu na Polance, a w decyzji pomógł mi zaczynający padać drobny deszcz.


Restauracja (widok za mną) nie oferowała dużego wyboru dla wegetarianina, ale głodny nie odszedłem. Duży plus za to ode mnie otrzymują za miłą obsługę.
Zanim zamówiłem  - wszedłem by zapytać, czy by nie był problem gdybym wprowadził rower do środka, niewielkiego pomieszczenia. Zawsze wolę mieś na oku swój skarb.
Otrzymałem bezwarunkową pozytywną odpowiedź.

Zamówiłem jedzonko: ziemniaki ze smażonym (serem) Hermelinem i sałatką. Porcja niewielka, ale wystarczająca by wróciły siły do drogi. Cena jak na restaurację w górskich terenach też nie wygórowana. Aaaa no i oczywiście Kofola.😉

Przyznaję, że męcząca trasa, tym bardziej, że to dopiero początek sezonu. Z tego też powodu nie siedziałem zbyt długo, stwierdzając, że mogłoby to mnie pozbawić sił. Otuchy dodawał mi kierunkowskaz na skrzyżowaniu Pláňava, który informował, że do Jabłonkowa tylko 3 km!
Początkowo droga, chociaż asfaltowa to często pokryta żwirem i przecinająca ją licznymi "rynnami" do odprowadzania wody. Następnie już czysty asfalt i odcinkami prosta droga, pozwalająca na dużą prędkość, która i tym razem przekraczała miejscami 50 km/h. Teraz ubrany bylem dostatecznie, więc chociaż pogoda psuła się coraz bardziej to wiedziałem, że do domu już nie tak daleko. Wiał zimny wiatr i straszyło deszczem.

Od końca trasy 6086 jechałem trasą 6080, która kończy na drodze z Jabłonkowa do Piasku i Bukovca, krzyżując się z trasą 56.
Aby urozmaicić sobie trasę i ominąć główną, po chwili zjechałem przez most do Miejskiego lasu w Jabłonkowie, w którym co roku odbywa się Gorolskie Święto organizowane przez pewną mniejszość narodową.😜
Z Jabłonkowa przez Navsi do Hradku zmuszony byłem jechać po drodze głównej. Na szczęście niedziela i niewiele samochodów. Mimo wszystko tuż przed mostem na Rohovcu przeglądałem mapę w urządzeniu w poszukiwaniu alternatywy. Nie znalazłem (nie pierwszy raz szukałem), ale kiedy teraz patrzę na mapę i biorąc pod uwagę znajomość okolicy, sądzę, że opcja być może jakaś jest. Sprawdzę przy najbliższej nadarzającej się okazji.
Ogólnie okolica mojej wycieczki zainteresowała mnie na tyle, że pozaznaczałem wszystkie malutkie szczyty, o których nie miałem wcześniej pojęcia.
Do nich należą: Gurka (467m), Hradek (543m), Kempa (571m), Ostra (722m), Sance (569m), Vitalisov (466m) i Zelena (604m).

O istnieniu Javorovy (627m), który nie jest tym samym znanym w niedalekiej okolicy, wiem juz od jakiegoś czasu, ale jeszcze nie odwiedziłem. Za to Lysa (544m), która też zdecydowanie nie jest tą znaną Lysą Horą, ale odwiedziłem ją, i chociaż zupełnie nic na niej nie ma, mogę powiedzieć, że byłem i opisałem w jednym z postów.
Na mapie można też zauważyć, że trasa 6086, którą zgodnie z planem przejechałem całą (w 2 częściach), przebiega w okolicach znanych mi dobrze miejsc, takimi jak np. Kiczory i skała w niedalekiej okolicy.

Bez zbędnych przystanków wróciłem zadowolony do domu o 16-tej. Trochę mnie "smuci", że pominąłem Girową i znajdujące się w jej pobliżu dwie jaskinie. Nie mam o nich żadnych bliższych informacji, a moja chęć odkrywania nieznajomego już podsunęła mi plan, jak zdobyć Girową, do której z domu wcale nie tak blisko.

W poprzednim poście rzuciłem hasło: "Już dziś możecie zgłaszać chęć jazdy ze mną."🙂
Podtrzymuję je, bo plan ciekawy, ale zdradzę dopiero jak ktoś wyrazi chęć wspólnej wyprawy.
Chyba, że i w tym przypadku zostawicie mnie samego, wtedy dowiecie się o planie po fakcie, kiedy opiszę go w którymś z postów.

Na koniec ciut odbiegając od tematu, pewne spostrzeżenie:
Jak wiecie wycieczki często opisuję z niewielkim lub większym opóźnieniem, data publikacji jednak odpowiada dacie wycieczki. Ten post z niewielkim spóźnieniem, bo dziś niedziela (robocza dla mnie), a kiedy podczas przerwy wpadłem na śniadanie do domu, w TV akurat leciał królik Bugs.
Widać, że odcinki tego świetnego serialu produkują nadal i to zgodnie z tym, co widzimy na codzień.

Podczas poszukiwań zgubionego prosiaczka Porky i kaczora Daffy używał nawigacji w telefonie. Zboczył z autostrady na pustynię gdzie po chwili ten telefon ukradł mu sęp.
Błądził biedak i zadał sobie pytanie: "Jak ja mogłem zgubić autostradę?"
Nie trwało długo, gdy sam sobie odpowiedział: "No tak, przecie wpatrywałem się w telefon, zamiast przyglądać się okolicom."
Znamy to skądś?😉

Będzie mi niezmiernie miło, kiedy w końcu przełamiecie się i zaczniecie komentować moje posty. Są dla mnie bardzo ważne i pewnego rodzaju motywacją.
Ja wiem, że wy wiecie, że i tak nie przestanę pisać, bo gdzieś wygadać się muszę.😜
Mam nadzieję, że doczytaliście do końca i z zainteresowaniem.
Czekam na wasze reakcje tu, w "fanpejdżach" czy też nawet prywatnie.🙂

Komentarze

  1. Ta kofola mnie intryguje... Kiedyś muszę spróbować. Podziwiam Twoją chęć pokonywania kilometrów na rowerze, a sama idea pedałowania pod górkę sprawia, że włos staje mi dęba. Jak żyję, nigdy nie lubiłam wdrapywać się na szczyt, wolałam zawsze schodzić. Aż mi wstyd, że jestem takim leniem )))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z jednej strony mógłby ktoś powiedzieć, że ta kofola nic szczególnego, ale ja ją lubię. Zawsze to jakaś alternatywa dla piwa, które w przeciwieństwie do kofoli energię zabiera, po prostu "miękną" nogi. To, że ponadto orzeźwia i pozwala uzupełnić to co wypociłem, to wielki plus. Trzeba przyznać, że takie wdrapywanie się na szczyt sporo potu wyciśnie.
      Wstydź się leniu :) ...żart oczywiście, ponieważ wiem, że i tobie rower nie jest obcy. Po prostu nie każdy lubi górską jazdę. Mam wielu znajomych, którzy wolą przejechać 100 km asfaltem niż 20 po górach.
      Faktycznie schodzenie wydaje się przyjemniejsze, ale tak już jest, że aby zejść, trzeba wejść. :)

      Usuń
  2. Spokojnie, jak widzę zamek na czubku góry, pomykam jak kozica... (Wydarłeś ze mnie wielką tajemnicę)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ...a widzisz, w tym właśnie kryje się tajemnica motywacji: Mieć cel. W moim przypadku to nie tylko chęć poznania co kryje się na szczycie, czy w innych celach moich wycieczek, ale wielką motywacją jest wspaniałe uczucie, wręcz duma z samego siebie, że wjechałem, dojechałem.

      Usuń
  3. Ale piękne widoki! Uwielbiam jeździć na rowerze, ale u mnie jest to jazda bardzo rekreacyjna. Zapuszczam się w prawdzie do lasu i robię trasy po 50 km, ale mój rower to ten typ z koszyczkiem na prowiant i ... hamuje się pedałami:)))) Na takim się uczyłam jeździć i jestem niereformowalna, taki teraz też koniecznie muszę mieć. Zaraz podeślę linka do Twojego bloga mojemu tacie. On jest zapalonym rowerzystą i codziennie robi wielokilometrowe trasy. Może któraś z Twoich go zainspiruje. Pozdrawiam - Ania

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi bardzo, że odwiedziłaś mojego bloga.
      Wbrew pozorom moja jazda też jest rekreacyjna. Nie wiem skąd bierze się wśród czytelników to, że jadę na granicach wytrzymałości. Wielokrotnie zaznaczam, że robiłem odpoczynek, czego dowodem są zrobione zdjęcia.
      Inspirować innych - to jest właśnie cel mojego opisywania wycieczek.

      Usuń
  4. Ładne zdjęcia:) Szacun za ten rower - już po 15 km musieli by mnie ściągać dźwigiem z roweru a na drugi dzień zadek by mi odpadł

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Początki bywają trudne. To kwestia czasu i nie będzie potrzebny żaden dźwig, ani zadek, chociaż pod koniec czasami boli, na drugi dzień nadaje się do siedzenia. :) Co ciekawe, właśnie w tym poście wspominam o tym, że nie byłem kiedyś w stanie wjechać na Filipkę podczas pierwszej górskiej wycieczki. Wszystko zależy od motywacji, czyli, by nie pozostawić roweru w garażu i stopniowo szlifować kondycję. Z drugiej strony, chociaż dziękuję za ten szacun, wiem, że wcale nie ma się czym chwalić znając wyczyny innych.

      Usuń
  5. Szacun! Każdy kto jedzie w góry na rower wzbudza we mnie podziw i dzięki Twojemu wpisowi dowiedziałam się co nieco przy takiej jeździe. Bardzo fajne fotki, zachęcające by się tam wybrać i co najbardziej mi się podoba - Twój niepoprawny optymizm - mamy coś wspólnego :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za komentarz i ten szacun ;) Ów szacun to jeden z moich motywatorów, zaś moim celem jest motywacja innych - cieszę się, że dokładnie takie zadanie spełnia mój post. Cóż takiego konkretnego dowiedziałaś się z mojego wpisu?
      Optymizm, czy poprawny czy nie to bardzo pozytywna cecha, która pomaga zdobywać szczyty :)

      Usuń

Prześlij komentarz

Twój komentarz jest dla mnie bardzo ważny. Dziękuję.

Popularne posty z tego bloga

6/2016 z cyklu: Ja i mój rower. Przez Suchy na Łączkę i Filipkę

T O N I      N A P I S A Ł
z cyklu: Ja i mój rower
Gdyby nie wczorajsza 2 zmiana i powrót do domu przed północą, pewnie wybrałbym się w trasę, którą planuję już od kwietnia. Tydzień temu nawet rzuciłem hasło na fb, ale nie wypaliła pogoda.
Dobra, zdradzę wam sekret z posta 4/2016.😉Chodzi o drugie podejście na Girovą i odnalezienie dwóch jaskiń.
Wtedy już mi zabrakło sił, więc teraz w planie mam podjazd pociągiem do Mostów u Jabłonkowa, a potem przez Studeničny. Pewnie nie lekka trasa, ale obiecałem sobie.

Dziś pospałem więc plan trza odłożyć, ale czasu wystarczająco na to by odwiedzić Łączkę. Tym bardziej, że pewna znajoma podsunęła mi informację, że podobno można też z Bystrzycy Suchy.
Okolicę częściowo znam z pracy, ale tylko do ostatniego przystanku.

Czantoria. Pochodzenie i otaczające ją legendy.

T O N I      N A P I S A Ł
Jadąc kiedyś do pracy kupiłem sobie gazetę, tygodnik naszego regionu.
Pomyślałem sobie, że jak będzie dobra robota na cnc to będzie czas poczytać co w trawie piszczy. Tylko nie mówcie majstrowi.😀

Czas rzeczywiście miałem, chwilami, kiedy program zadbał o to bym na chwile usiadł.
Poza informacjami z regionu z wielką uwagą przeczytałem artykuł o Czantorii i o tym skąd właściwie pochodzi jej nazwa.
Jak wiecie, Czantorię widzę, o ile nie ma mgły, codziennie z okna czy jak wyjdę z domu. Tym bardziej zainteresował mnie ten temat.

C6H5-NH-C2H5

T O N I      N A P I S A Ł
C6H5-NH-C2H5 wygląda jak jakiś kod aktywacyjny.
Zamieściła go dziś na fb moja dobra (wirtualna) koleżanka, a że do chemii było mi zawsze daleko, więc nie miałem nawet pojęcia o co chodzi.
Jak się okazało jest to chemiczny wzór miłości.