Przejdź do głównej zawartości

Praca, praca i jeszcze raz praca

T O N I      N A P I S A Ł

Odkąd zmieniłem pracę, minęło już ponad trzy miesiące... ale ten czas leci, no nie?
Prawie od początku dało się zauważyć zmiany w moim zachowaniu.
Stałem się spokojniejszy, przestałem narzekać.
Nawet po upływie tych miesięcy ciągle mówię o pracy, jak by nie było ciągle się coś dzieje.
Chociaż w zasadzie dzień od dnia nie zbytnio się nie różni, to jednak niektóre sytuacje dają to urozmaicenie.
W porównaniu z poprzednią pracą, do tej idę z chęcią, czyli bez przymusu.
Nowa praca odpowiada mi z tego względu, że lubię kontakt z ludźmi, dało by się nawet powiedzieć, że lubię ludzi. Mój odwieczny, niepoprawny optymizm powoduje, że wierzę w ludzką dobroć, no chyba, że już mi ktoś podpadł, ale to już inna kwestia.

Powszechnie znanym jest fakt, że niewolno rozmawiać z kierowcą w czasie jazdy. Spróbujcie MI zabronić mówić.😀Nie żebym gadał i gadał, bo kto by ze mną wytrzymał, ale są momenty, kiedy tak bardzo nie muszę się koncentrować na jeździe i mogę trochę porozmawiać z osobą na pierwszym siedzeniu. Wbrew temu co wiele osób o mnie sądzi, nie są to tylko kobiety.😜
Do plusów nowej pracy należy, tak samo jak i w poprzednich, że wymagane jest myślenie. Nie wiem jak macie wy, ale praca w której miałbym coś robić automatycznie bez zastanawiania się, nie miała by dla mnie sensu.
Poza tym, że w końcu robię to co lubię, bo to przecie marzenie od wczesnego dzieciństwa, to jak na razie stwierdzam, że nic mnie nie boli!
Ci którzy mnie znają, wiedzą, że miałem problemy z kręgosłupem szyjnym i piersiowym, nie wspominając o dolnych partiach.
Kiedy odchodziłem z poprzedniej pracy wiele osób ze zdziwieniem pytało: Myślisz, że za kierownicą będziesz miał lżej na kręgosłup?
Każdy wie, że siedząca praca, nie tylko kierowcy, ma zły wpływ na kręgosłup, ale dla mnie to zmiana i chociaż być może wrócą dolegliwości lub tez pojawią się nowe, to nie wracam do domu wykończony tak jak po 8h pracy ręcami.😉 i mam jeszcze siły by pójść na basen a niebawem mam nadzieję, że i na rower.
Ramię po niefortunnym upadku na rowerze, daje się we znaki, bo jakby nie było, ciągłe mieszanie w skrzyni biegów potrafi zmęczyć.

Jak wygląda mój dzień?
Zależy od zmiany jaka mnie czeka. Powiedzmy, że 1-wsza z trzech, które kręcą się w kółko jak na karuzeli.
3:15 dzwoni budzik, a że nigdy z wczesnym wstawaniem nie miałem problemu, więc podnoszę się, wyłączam i...
kładę się z powrotem.
Pewnie w tym momencie mówicie: haha, to znam, jeszcze 5 minut.
Niektórych pewnie zaskoczę, reszty może nie, ale kładę się na dosłownie max pół minuty. Sam nie wiem skąd ten rytuał, ale praktykowany od lat.

Wstaję, poranna toaleta, ubieranie się, kierunek kuchnia: połykam codzienną porcję tabletek, które oczywiście popijam wodą z kranu. Zdrowa, bo przecie w górach mieszkam.
Sprawdzam temperaturę w domu i na zewnątrz. Na tę zewnątrz nie mam wpływu, ale w domu owszem, rozpalam w piecu, żona później zamknie, jak porządnie się rozpali.
Torba do pracy w zasadzie przygotowana, więc dorzucam telefon, biorę klucze i komu w drogę temu buty na nogi.
Wychodzę ok 3:35.
Prawda, że niewiele czasu potrzebuję?

Do pracy mam jakieś 700 metrów, więc w zależności od warunków na drodze, czy czasu dość, czy było nieprzewidziane opóźnienie, no i tego czy dobrze spałem, bo jeśli w miarę, to i od tego zależy jak szybko idę. W każdym bądź razie do pracy mam jakieś 10-15 minut.
Czasami, kiedy kolega ma wolne i jeździła druga dwójka kierowców, czyli drugi autobus, to zostawiam sobie autobus bliżej i mam raptem 300 metrów czyli 5-8 minut.

Odpalam silnik, rozbieram się, zmieniam obuwie na wygodniejsze i takie w których nie będą zbytnio pocić się nogi, bowiem w kabinie, chociaż nie zamknięta, jest ciepło po kilku kilometrach jazdy.


Wkładam kartę kierowcy do tachografu, klikam odpowiednie opcje, następnie loguję się swoim hasłem do urządzenia z przystankami i wydającego bilety.
Wybieram odpowiedni turnus i już wiem ile czasu zostało mi do odjazdu.


Zapisuję stan kilometrów potwierdzam własnoręcznym podpisem i już oficjalnie jestem upoważniony do obsługiwania dzisiejszej linii.


Wrzucam jakieś drobne do kasy, włączam ulubione radio, sprawdzam czy autobus ma wszystkie koła😉 a kiedy nadchodzi czas, ruszam.


Pierwsza linia o 4:00 do Bystrzycy, pierwszy przystanek i jeden tylko człowiek na dworzec kolejowy. Kolejne przystanki, znajome twarze codziennych dojazdów. Niewiele osób, bo normalni ludzie jeszcze śpią albo ewentualnie wstają do pracy.
Linie w ciągu zmiany się zmieniają na krótsze, dłuższe i długie, tak samo jak postoje między liniami.
Przejeżdżam od przystanku do przystanku zbierając uśmiechy miłych pasażerek, w razie gdyby pojawił się ktoś mniej zadowolony z usług.

Pasażerowie używają trzech rodzajów płatności za jazdę: Kartę jako miesięczny, kartę jako elektroniczny portfel albo po prostu gotówką, wtedy muszę wydawać resztę i pilnować się by nie było manka.
Jadę od przystanku do przystanku, czasami o ile pozwoli mi na to czas, nie zatrzymuję się na pustym, a jak się już zatrzymam to przy wyjeżdżaniu z zatoczki kręcę z niedowierzaniem głową, jak bardzo ludziom się śpieszy, że nie wpuszczają mnie z powrotem do ruchu. Albo to nie kwestia pośpiechu tylko kwestia kultury kierowcy? (o wpuszczaniu ludzi i o braku czasu też już pisałem, poszukajcie sobie w Spisie treści, jeśli nie czytaliście).
Nadmieniając kwestię tego, czy czas pozwoli mi na niezatrzymanie się na przystanku miałem na myśli aktualną godzinę.
Otóż to nasze mądre urządzenie poza wydawaniem biletów, pokazywaniem kolejnych przystanków, kontroluje odjazdy z nich. Jesteśmy pod ciągłą obserwacją wojewódzkich koordynatorów, którzy dzięki GPS mają wszystko na podglądzie.
Chociaż czasami minutowy (lub mniej) postój na pustym przystanku wydaje się bez sensu, to jednak pozwala na to, że nie zdarzy się, by autobus odjechał np. 5 minut przed czasem, jak to bywało kiedyś.

Niedawno znajoma blogerka pisała o tym, co się dzieje i o czym rozmawiają pasażerowie w autobusie. Niebawem poruszę ciut podobny temat, ale faktem jest, że koncentrując się na jeździe, niewiele odgłosów trafia do moich uszu, chyba, że jest to głośny pasażer na przednim siedzeniu, rozmawiający przez telefon.
To co do mnie dociera, ale przede wszystkim podczas postoju na przystanku to pytania ludzi o inny autobus czy też połączenie/przesiadka gdzieś tam, dokądś tam.
Dość często zadaję takiej osobie pytanie: Czy pani/pan myśli, że ja mam w głowie cały rozkład jazdy?
Trzeba zauważyć, że w naszym regionie są 42 linie autobusowe! A ile przystanków? Tego nie wiem, ale z ciekawości, jak już serio będę się nudził, policzę je.😀😜
No i weź zapamiętaj odjazdy wszystkich autobusów z wszystkich, niepoliczonych przystanków.

Przez chwilę być może odnieśliście wrażenie, że jednak trochę narzekam na tę wyśnioną pracę, ale nie, bez obaw🙂nie, żebym liczył ile wiozę miłych osób ile tych mniej miłych, ale tak na oko stwierdzam, że 90% ludzi jest OK, a to przecie dużo i potrafi dać przyjemność z wykonywanej pracy.

Jak napisałem, mam 3 zmiany, w których kręcę się jak na karuzeli. Ta wyżej wspomniana kończy przed 13-tą, kiedy wsiada do autobusu kolega zmiennik i jedziemy razem na pętlę.
Tam kilkoma przyciskami na urządzeniu kończę swój turnus dowiadując się ile dziś zarobiłem.
Taaaaa... gdyby ja! Ile zarobił mój szef. Fajnie by było chociaż procenty jakieś z utargu zgarnąć.😉
Zapisuję znowu stan kilometrów, dziś przejechałem 123! Ale ta zmiana jest krótka.
Wyciągam kartę, opróżniam kasę, zabieram wszystkie swoje rzeczy i moje miejsce może zająć kolega, przed którym czeka 158 kilometrów do 23:08.
Pojutrze pojadę to co on dziś, ale dziś zjeżdżam kilka przystanków na ten najbliższy domu i mam fajrant.

Praca, praca i jeszcze raz praca...
Jak już napisałem, ciągle mówię o pracy, w domu, ze znajomymi, na czacie... i sam nie wiem jeszcze gdzie, ale to chyba dlatego, że nią żyję. Do niedawna stwierdzałem, że przez nią, jestem zupełnie zdezorganizowany, czyli że mój dotychczasowy tryb życia został poważnie zachwiany.
Martwiło mnie to, że nie mam czasu dla znajomych, tych realnych i wirtualnych, brakowało mi czasu na bloga i inne czynności w sieci.
Zauważam jednak, że wszystko potrzebuje czasu i na to wygląda, że wracam do normalu.
W przygotowaniu kolejne posty, które jak się może domyślacie będą dotyczyły pracy, ale bez obaw, postaram się was nie zanudzić i jeśli dopisze wena to pojawią się inne przemyślenia czy też refleksje.

Na koniec jeśli ktoś chciałby podejrzeć mnie przy pracy mam dla was video.



Na moim kanale YT możecie obejrzeć więcej filmów dotyczących mojej pracy.
(W publikacji filmów nie mam doświadczenia, więc w razie jakichkolwiek problemów z odtwarzaniem, proszę o bezzwłoczny kontakt.)

Komentarze

  1. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Twój komentarz jest dla mnie bardzo ważny. Dziękuję.

Popularne posty z tego bloga

6/2016 z cyklu: Ja i mój rower. Przez Suchy na Łączkę i Filipkę

T O N I      N A P I S A Ł
z cyklu: Ja i mój rower
Gdyby nie wczorajsza 2 zmiana i powrót do domu przed północą, pewnie wybrałbym się w trasę, którą planuję już od kwietnia. Tydzień temu nawet rzuciłem hasło na fb, ale nie wypaliła pogoda.
Dobra, zdradzę wam sekret z posta 4/2016.😉Chodzi o drugie podejście na Girovą i odnalezienie dwóch jaskiń.
Wtedy już mi zabrakło sił, więc teraz w planie mam podjazd pociągiem do Mostów u Jabłonkowa, a potem przez Studeničny. Pewnie nie lekka trasa, ale obiecałem sobie.

Dziś pospałem więc plan trza odłożyć, ale czasu wystarczająco na to by odwiedzić Łączkę. Tym bardziej, że pewna znajoma podsunęła mi informację, że podobno można też z Bystrzycy Suchy.
Okolicę częściowo znam z pracy, ale tylko do ostatniego przystanku.

Czantoria. Pochodzenie i otaczające ją legendy.

T O N I      N A P I S A Ł
Jadąc kiedyś do pracy kupiłem sobie gazetę, tygodnik naszego regionu.
Pomyślałem sobie, że jak będzie dobra robota na cnc to będzie czas poczytać co w trawie piszczy. Tylko nie mówcie majstrowi.😀

Czas rzeczywiście miałem, chwilami, kiedy program zadbał o to bym na chwile usiadł.
Poza informacjami z regionu z wielką uwagą przeczytałem artykuł o Czantorii i o tym skąd właściwie pochodzi jej nazwa.
Jak wiecie, Czantorię widzę, o ile nie ma mgły, codziennie z okna czy jak wyjdę z domu. Tym bardziej zainteresował mnie ten temat.

Zaćmienie słońca, wierzenia, zabobony i praktyki.

T O N I      N A P I S A Ł
W związku z dzisiejszym zaćmieniem słońca, przypomniało mi się, że z tym wydarzeniem od dawna zawsze wiązały się różnego rodzaju zabobony, wierzenia.
Najprawdopodobniej tego typu przesądy czy wierzenia pochodzą i dotyczą miejsc na ziemi, gdzie bogiem jest (albo było) słońce.
Chciałbym powiedzieć, że chrześcijan i osób wierzących w prawdziwego Boga to nie dotyczy. Niestety nie było by to prawdą.