Z Bíléj przez Hukvaldek, Lukavicę, Bobek na szczyt U Zbojníka (PL)

Pierwszy dzień weekendu ponownie poświęciłem górom. Tym razem wybór padł na okolice Bílé, ale tak naprawdę „głównym” celem nie były same góry, lecz spotkanie z dotąd znajomą/nieznajomą Górozbieraczką Monami🤩, o której wiedziałem, że dziś gdzieś tu w okolicy również będzie. Dla mnie spotkanie z Górozbieraczem bywa czasem więcej warte niż widoki z jakiegoś szczytu.
... nieee no, żartuję😂, ale fakt jest taki, że należy to do tych najprzyjemniejszych przeżyć w moim górskim życiu😍.

Jakieś 65 km i godzinka jazdy, z czym horoPrius radzi sobie bez problemu, a ja oczywiście też 🤭. Chwilę przed 10h dotarłem na parking przy kościele. W porównaniu z pełnym parkingiem przy skiarealu - świetny wybór, bo narciarze chyba o nim nie wiedzą i było tu prawie pusto🤩. Stąd zielonym szlakiem rozpocząłem ponad 4km asfaltowy odcinek dzisiejszej trasy gdzie na pierwszych kilometrach towarzyszyły mi same „lepsze” zapachy.


Jak wiecie, zawsze robię zdjęcie szlakowskazów i różnych tablic na szlaku🤩.
W tym przypadku nazwa najprawdopodobniej od potoku Čurabka spływającego z góry.


Następna tabliczka informująca by nie musiała wcale być, było to tu czuć na większą odległość.



potok Smradlava


Źródło Smradlawy ma podobno właściwości lecznicze na żołądek, stawy i skórę. Na żołądek chyba w ten sposób, że człowiek się z tego najprawdopodobniej po🤮 i po💩, a co do skóry… nooo nie wiem🤭😀, na szczęście moja skóra jest zdrowa i piękna😂. 


Chatka przy źródle Smradlawy, hmm🤔, to musi być bardzo przyjemne miejsce do posiedzenia😁.



Nie wiem, gdzie ten potok ma swój początek, ale założę się, że nazwę Smradlawa otrzymał dopiero wtedy, gdy właśnie tutaj zaczęło do niego wpływać to źródło🤣.


Dolina Wielkiej Smradlawy to rozdroże, gdzie łączą się zielony i niebieski szlak.


Tu chwilę wahałem, ale pomimo wcześniejszego odradzania postanowiłem kontynuować zielonym w kierunku szczytu Hukvaldek, z założeniem, że gdy zbliżę się do najbardziej "idealnego" miejsca na wejście na wierzchołek, to zdecyduję: Iść czy nie iść?
Oto jest pytanie. Co nie?😂


Leśna droga Salajska… czyżby też od nazwy jakiegoś potoku?🤔


Rozdroże, skąd mógłbym dojść na Hukvaldek z drugiej strony, a właściwie to ta droga, gdzie później, mniej więcej w połowie był zakaz wstępu. Gdybym się zdecydował na zmianę kierunku wcześniej (o tym piszę niżej😉), to mogłem być u celu szybciej. Nic nie szkodzi, w górach rzadko się śpieszę😀.


Hukvaldek, rozdroże - idę dalej zielonym szlakiem.


Druga próba zrobienia lepszego zdjęcia przez to słońce☺️, ale teraz, gdy na nie patrzę, podobają mi się oba.


Początek wejścia jak dotąd znośny, choć w około 15–20cm śniegu, ale nie było to jakieś trudne do przebycia, gdzie towarzyszyło mi parę zwierzęcych śladów (ludzkich żadnych), a miejscami było tu trochę ślisko. Im bliżej do szczytu (tylko jakichś 400 metrów) już żadnych śladów i stopniowo już widziałem, w co się pakuję, ale cóż by to była za wyprawa bez odrobiny przygody, prawda?🤭.
Zaczęło się strome podejście, ale dzięki głębokiemu śniegowi, który nie był zbyt mokry, mogłem sobie wydeptać punkty podparcia.
Po około 100 metrach przyszedł pierwszy kryzys😰😐, patrzę w apkę: jeszcze 250 metrów! Dam radę, uspokoję tętno i dam radę💪. Owszem, kilka razy puls powiedział mi: Gupolu, chcesz, żeby to był twój ostatni szczyt?!
Dobrzeee nooo, poczekam. Odpocznę dłużej.
Tych odpoczynków i przekonywania go, żeby się uspokoił, było wiele, ale nie liczyłem😀, a gdy zostało już tylko 100 metrów do wierzchołka, zebrałem resztki sił i dotarłem aż na sam szczyt. Mogłem go zapisać z 50 metrów, ale umowa brzmiała, że na samej górze zrobię sobie naprawdę dłuższą chwilę na uspokojenie klatki piersiowej.
Cóż, wielki minus samotnych wycieczek jest ten, że nikt nie powie: Daj spokój, odpuśćmy.
Niestety mam naprawdę mało rozumu, a zbyt wielką determinację🤭, ale mimo wszystko myślę, że to przeżyję, a najważniejsze jest, że szczyt🏔️Hukvaldek (691 m) zdobyty💪🤩.


Bibi zawsze idzie ze mną, żebym nie chodził sam😍. Śniegu było tu naprawdę sporo.


Obiecana dłuższa przerwa, a z powrotem powinno już być lżej, bo z górki.


Jednak znalazła się jakaś zaleta😀: Kiedy idziesz w śniegu, nie musisz patrzeć w mapę, żeby znaleźć drogę powrotną🤩. Z górki dla tętna nie było to już jakoś szczególnie wymagające, aczkolwiek teraz w tym głębokim śniegu musiałem naprawdę uważać, żeby nie znaleźć się na dole szybciej, niż bym chciał. Szczęśliwie wróciłem na drogę z głębokimi koleinami po traktorze, gdzie wcześniej dostrzegłem jakiegoś biegacza, a jeśli on dostrzegł mnie, to pewnie się w myślach pukał w czoło, mówiąc: Skąd on idzie?!😂.
Następna na trasie by miała być Ježula (760 m) i przez cały czas, gdy stopniowo się do niej zbliżałem, walczyłem z myślami, ale mimo to szedłem dalej. Na rozdrożu chyba zbyt mocno zaufałem swojej pamięci i po około 200 metrach, przy znaku zakazu wstępu z powodu wyrębu, zorientowałem się, że idę źle. Nie żebym bał się złamać zakaz, zwłaszcza że w taką pogodę jest mało prawdopodobne abym tam spotkał jakichś robotników, tylko że wciąż byłem zdecydowany, że idę na Jeżulę💪, a tędy nie dojdę.
Zwrot w myśleniu przyszedł na rozdrożu, gdzie pomyliłem ten kierunek, tu zdecydowałem, że wracam, skąd przyszedłem. To nie tak daleko, a mimo wszystko uświadomiłem sobie, że jeśli droga na szczyt okaże się nie do przejścia, powrót będzie znacznie dłuższy.
Jednak czasami w tej mojej głowie znajdzie się odrobina zdrowego rozsądku☺️.
Wróciłem do Doliny Wielkiej Smradlawy, na niebieski szlak (tam, gdzie spotyka się z zielonym), który bez problemu powinien mnie doprowadzić do kolejnego szczytu, a kawałek dalej przy turystycznym daszku Kavalčanky po raz drugi dziś spotkałem tę samą nieznaną kobietę, którą wcześniej minąłem, idąc w stronę szczytu Hukvaldek.


Teraz, przy tym daszku i zamarzniętym stawie, zauważyła Bibi i jej naszywkę Górobranie i zapytała, czy mi się udało😀. Nooo, okazało się, że też jest Górozbieraczką i przy tym wejściu do lasu była wcześniej niż ja, ale gdy zobaczyła, że zdobycie szczytu nie będzie takie łatwe, zawróciła. To mi tego nie mogła powiedzieć, kiedy spotkaliśmy się pierwszy raz?!😀


Na Lukavicę też nie szła i to nie dlatego, że by to mogło być trudne, ale dlatego, że jej dzieci pewnie już mają dość zjeżdżania na nartach na Bílé, więc postanowiła zawrócić do auta. Tym samym pozdrawiam ową nieznajomą kobietę🙂.
Ja mam czasu pod dostatkiem, droga nie jest szczególnie wymagająca, więc idę dalej, a około pół kilometra dalej zauważyłem wydeptaną ścieżkę.


Patrzę na mapę i to właśnie ta, którą najpewniej bym przyszedł, gdybym jednak szedł na Jeżulę (760 m)😐. Znowu walka w myślach: Tylko 1,2 km do szczytu🤔… nieee, raz już odpuściłem, nie będę znowu kombinował😀.
Ewentualnie, gdy dojdę na graniczne rozdroże Hluchanka, zrekompensuję to sobie niedalekim szczytem Polianky (881 m), ale! pod warunkiem, że nie będzie to więcej niż 500 metrów… nooo dobra, 600😂.
Jak myślicie, ile było?


Z granicznego rozdroża Hluchanka na szczyt Polianky (881 m) było więcej niż 500–600 metrów😀.


Jak myślicie? Poszedłem czy nie?😀
To co prawda niewiele ponad 700 metrów, ale właściwie też bez żadnej pewności, że prowadzi tam wydeptana ścieżka, ponieważ szczyt leży poza znakowanym szlakiem. Ja wiem, że miewam czasem trochę nieodpowiedzialne pomysły, ale z drugiej strony jak już coś powiem, to słowa dotrzymuję🤭.


Na Lukavicę było tych metrów trochę więcej, ale przynajmniej kierunek zgodny z planem i już nie było tak lekko jak dotąd. Dużo śniegu, miejscami całkiem mokrego, mocno spowalniało marsz, ale szedłem już w gorszych warunkach😀.


Śniegu miejscami naprawdę sporo, ale i tak mnie to nie zniechęciło, żeby podejść jak najbliżej szczytu 🏔️Lukavice (896 m), gdzie czekał na mnie zarówno słupek, jak i kamień🤩.


Szczyt🏔️Lukavice (896 m) znajduje się zaledwie kilka metrów od szlaku turystycznego, więc właściwie nic trudnego do pokonania🙂.


Pogoda pozwoliła nacieszyć się dalekimi widokami.


No, czy to nie jest piękne?😍


Teraz zostały już tylko dwa szczyty, do których po drodze kilka razy się zatrzymywałem, żeby popatrzeć na to piękno w oddali😍. Potem odkryłem, że Bobek to nie tylko szczyt, ale też jakieś Królestwo Bobkovstvo😀🤩, o czym poinformował mnie bardzo oryginalny drogowskaz.


Kilkanaście (może kilkaset) metrów wyżej, między Królestwem Bobkovstvem a szczytem Bobek, kolejne miejsce z widokami🤩.


Jeszcze poniżej królestwa, na rozdrożu, przez chwilę wahałem się, czy nie skrócić sobie drogi bezpośrednio granicą. Droga tam co prawda była, ale żadnych śladów.


Jednak kiedy doszedłem szlakiem do miejsca, skąd do wierzchołka zostawało już tylko 120 metrów, byłem sam sobie wdzięczny , że jednak nie tamtędy poszedłem😱.


Na szczyt 🏔️ Bobek/Bobok (871 m), leżący oczywiście poza szlakiem turystycznym, prowadziła co prawda piękna, szeroka droga, ale zasypana śniegiem niemal po kolana.


No sorry, ale ten „zaliczam” z 50 metrów😤.


Nie, nie wracałem tą samą drogą po własnych śladach. Żeby było łatwiej skróciłem sobie przez jeszcze głębszy śnieg, a to zdjęcie zrobiłem jak już gdy byłem z powrotem na szlaku🤣. W butach trochę mokro, ale dzięki skarpetom z merino wełną wciąż czuję palce i mam nadzieję, że kiedy je w domu zdejmę, to nie będą niebieskie🤭😀, a do ostatniego szczytu U Zbojníka (774 m) zostało już tylko 2,5 km 🤩.


Szczyt 🏔️U Zbojníka (774 m)💪🤩



Ktoś mógłby się dziwić, że parking na dole pełny, kiedy są takie warunki do jazdy na nartach.


19km wędrówkę zakończyłem na szczycie🏔️U Zbojníka (774 m) gdzie skorzystałem z uprzejmości obsługi wyciągu, która pozwoliła mi zjechać w dół. Pieszo by to było około 2,5 km, wyciągiem 700 metrów🤭. W razie czego nie wykorzystujcie tej informacji, bo podobno to nie jest standard, żeby kogoś tak po prostu zabierać w dół. Wyciąg wozi ludzi tylko w jedną stronę.


Na dole spotkałem się przy kawie z wspomnianą na początku nieznajomą-znajomą, chwilę miło porozmawialiśmy i tym mogę zakończyć mój wspaniały dzień, z pięknym wynikiem: 4 szczyty, z czego 2 dopisały się do długoterminowego wyzwania Hraničář 2021 co daje mi obecnie 41/50🥰. Żeby tego zadowolenia było jeszcze więcej to 3 szczyty z 4 dopisały się do Tajenki.


Nadal utrzymuję zerową liczbę niewykorzystanych liter w stosunku do 14 użytych podczas 4 tegorocznych wyjść i to bez planowania tak aby pasowały do wyzwania🤩.


Wygląda na to, że jeszcze tu wrócę, bo jest tu naprawdę pięknie. Oczywiście, że inną trasą😉.
Droga do domu już nie była tak szybka jak rano. Gęsta mgła na autostradzie od Frydku-Mistku pozwalała mi maksymalnie na 110 km/h. Na nagraniu może tego dobrze nie widać, ale można zauważyć, jak szybko w tej mgle znikają światła.


Bliżej Trzyńca było jeszcze gorzej. Maksymalnie 90, miejscami poniżej 70 km/h. Te warunki były nawet jak dla mnie dość wyczerpujące więc zdecydowałem, że zjadę z obwodnicy i pojadę raczej przez miasto. Co prawda o niczym się później nie dowiedziałem, ale tak jakoś czułem w kościach jakieś tarapaty.


Wczoraj ogłosiłem, że w przyszły weekend nigdzie nie idę, ale noc była spokojna, przeżyłem🤭, więc szybko zmieniłem zdanie i kto wie, co znowu wpadnie mi do głowy za tydzień i może gdzieś się spotkamy. Jeśli też lubicie spotkania z innymi Górozbieraczami, zaglądajcie na stronie Hory.app do zakładki „Wydarzenia”, to może kiedyś się uda.
Dzięki, że przeczytaliście do końca. Jak zwykle będzie mi bardzo miło za każdą reakcję czy komentarz🤩. Życzę wszystkim, żeby Wam się dobrze chodziło, ale pamiętajcie: z rozsądkiem 😀… ja wiem, że z Górobraniem z tym rozsądkiem bywa różnie😂.

0 Komentarze