Przejdź do głównej zawartości

1/2017 z cyklu: Ja i mój rower. Po długiej zimie nareszcie na rower.

T O N I      N A P I S A Ł
z cyklu: Ja i mój rower

Zima była długa i chociaż nadal nie ma idealnych temperaturowych warunków na rower to jednak pokonałem lenia i poszedłem do garażu.
Zeszłoroczny sezon był słabiutki jak na moje możliwości, a było to ściśle związane z moją nową pracą, chociaż pogoda w dniach moich wolnych od pracy tez bardzo często robiła mi na złość.
Co gorsza pozostało kilka zeszłorocznych wyjazdów, których nawet nie opisałem w swoim blogu. Boleję nad tym, tym bardziej, że nie jestem pewien czy w ogóle uda mi się odtworzyć te wyjazdy w pamięci.
Żebym nie popełnił tego samego błędu zabieram się za opisanie pierwszego wyjazdu.
Już kilka razy mówiłem sobie, że trzeba pójść do garażu aby umyć i nasmarować rower, od czegoś trza zacząć, a nuż przyjdzie ochota by na niego wsiąść.
No i wsiadłem.🙂
Tradycyjnie z rozsądku na rozpoczęcie sezonu wybrałem oddalony o 12 km Trzyniec i jego park.

Mapy do wglądu:
Endomodo
Przygoda Garmin

Trasy nie muszę nijak opisywać, ponieważ znacie ją równie dobrze jak ja, choć być może tylko z moich postów, aczkolwiek niektórzy mieli te przyjemność by odwiedzić wspólnie ze mną te okolice.

Nic nadzwyczajnego po drodze mnie nie spotkało, jedynie warta zauważenia jest rzeka Olza, która po ostatnich obfitych opadach deszczu powoli się uspokaja.


Jak co roku na rozpoczęcie sezonu wybieram Trzyniec i jego park ponieważ nie mam innego pomysłu na rozruszanie mięśni i przygotowanie tylnej części ciała.
Pomimo to, bardzo lubię ten park, ponieważ poza spokojem od gwaru miasta oferuje różnorodność tras. Zabłądzić chyba się nie da, ale chyba jeszcze nie udało mi się przejechać wszystkimi możliwymi dróżkami. Ponieważ kocham terenową jazdę, miłą rozgrzewką był zjazd z asfaltu na świeżo odnowioną ścieżkę.

Jak mogłem zauważyć chwilę później, przygotowania do wysypu reszty ścieżek trwają.


Użyłem maksymalnie fantazji w obieraniu kierunku, jak sami możecie widzieć na mapie. Ławka z serii Trzynieckich ławeczek, Labirynt i inne. A kiedy już nic nie przychodziło mi do głowy, po prostu usiadłem na jednej z licznych w tym parku ławeczce.



Wcześniej spotkałem spacerującego kolegę, z którym pracowaliśmy w poprzedniej pracy.
Mówi się, że to kobiety plotkują gdzie popadnie, ale i nam mężczyznom ta zaleta nie jest obca.
Jakoś w rozmowie wyszło, że w zasadzie obieram kierunek dom, a gdzieś po drodze wstąpię na swoją ulubioną kofolę, ponieważ mam jak wiecie swoją zasadę, że piwa ani innych alkoholi nie pijam podczas jazdy rowerem. Kolega zdziwił się, że nawet zdobywając szczyty górskie, nie skuszę się na chyba najbardziej oświeżający trunek. Wręcz stwierdził, że nie wytrzymałby tej pokusy.😀
Ci, którzy skosztowali czeskiego specjału wiedzą, że i kofola potrafi oświeżyć, a co więcej w przeciwieństwie do piwa, które osłabia nogi, dodaje siły przez zawarty cukier.

Normalnie reklamę robię tej kofoli i już kilka razy obiecuje sobie, że napiszę do nich by chociaż za to posłali mi jakieś ciekawe gadżety.😉

Wiedziałem, że końcowy 4 kilometrowy odcinek jak na pierwszą jazdę nie będzie pokonany z wielką prędkością, bo chociaż żadna stromizna, to jednak z Bystrzycy do Nydku ciągle pod górkę.
Pedałowałem sobie tak spokojnie ze średnią około 15-17km/h aż tu nagle z dość dużą prędkością wyprzedził mnie starszy pan. Co prawda, mógłbym tłumaczyć jego prędkość tym, że opony miał o połowę węższe od moich i nie miał takiego oporu, ale jakaś część mnie postanowiła, że postaram się mu dotrzymać tempa. Wierzcie nie wierzcie, dzielnie siedziałem mu na ogonie ponad kilometr, mimo wszystko w wyniku nietrenowania, nogi stawały się coraz bardziej oporne i poddałem się tuż przed granicą Nydku, w sumie po co się forsować.

Powrót do Nydku idealnie spasował z uroczystym stawianiem Majki, której zwyczaj opisałem kiedyś w tym blogu.


W sumie po raz pierwszy udało mi się widzieć osobiście jak miejscowi strażacy profesjonalnie jak co roku zajęli się tą tradycją.
Za to ja zupełnie nie profesjonalnie, bo telefonem, utrwaliłem te chwile na video, które zamieściłem na swoim kanale, w którym do tej pory są tylko (równie amatorskiego wykonania) filmiki z kamery w autobusie.

Sezon rozpoczęty. Mam nadzieję, że będzie lepszy od poprzedniego, jak również liczę na jakąś wspólną wycieczkę.
Sobie i wam życzę idealnej pogody, żadnych wypadków ani urazów oraz bezawaryjności waszych sprzętów, ale i tak bądźcie przezorni, chociażby wożąc ze sobą dętkę.🙂

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

6/2016 z cyklu: Ja i mój rower. Przez Suchy na Łączkę i Filipkę

T O N I      N A P I S A Ł
z cyklu: Ja i mój rower
Gdyby nie wczorajsza 2 zmiana i powrót do domu przed północą, pewnie wybrałbym się w trasę, którą planuję już od kwietnia. Tydzień temu nawet rzuciłem hasło na fb, ale nie wypaliła pogoda.
Dobra, zdradzę wam sekret z posta 4/2016.😉Chodzi o drugie podejście na Girovą i odnalezienie dwóch jaskiń.
Wtedy już mi zabrakło sił, więc teraz w planie mam podjazd pociągiem do Mostów u Jabłonkowa, a potem przez Studeničny. Pewnie nie lekka trasa, ale obiecałem sobie.

Dziś pospałem więc plan trza odłożyć, ale czasu wystarczająco na to by odwiedzić Łączkę. Tym bardziej, że pewna znajoma podsunęła mi informację, że podobno można też z Bystrzycy Suchy.
Okolicę częściowo znam z pracy, ale tylko do ostatniego przystanku.

Czantoria. Pochodzenie i otaczające ją legendy.

T O N I      N A P I S A Ł
Jadąc kiedyś do pracy kupiłem sobie gazetę, tygodnik naszego regionu.
Pomyślałem sobie, że jak będzie dobra robota na cnc to będzie czas poczytać co w trawie piszczy. Tylko nie mówcie majstrowi.😀

Czas rzeczywiście miałem, chwilami, kiedy program zadbał o to bym na chwile usiadł.
Poza informacjami z regionu z wielką uwagą przeczytałem artykuł o Czantorii i o tym skąd właściwie pochodzi jej nazwa.
Jak wiecie, Czantorię widzę, o ile nie ma mgły, codziennie z okna czy jak wyjdę z domu. Tym bardziej zainteresował mnie ten temat.

C6H5-NH-C2H5

T O N I      N A P I S A Ł
C6H5-NH-C2H5 wygląda jak jakiś kod aktywacyjny.
Zamieściła go dziś na fb moja dobra (wirtualna) koleżanka, a że do chemii było mi zawsze daleko, więc nie miałem nawet pojęcia o co chodzi.
Jak się okazało jest to chemiczny wzór miłości.