Przejdź do głównej zawartości

Jak daleko sięgam pamięcią?

T O N I      N A P I S A Ł

Odkąd wyprowadziłem się do Czech niewiele mi pozostało utrzymanych kontaktów ze starych czasów. Nie wnikając w szczegóły tej straty zarazem ciesze się, że jednak są osoby, które znajdują czas by się ze mną spotkać w tym zagonionym i wypełnionym pracą życiu.
Wczoraj po jakimś czasie znów się spotkałem z koleżankami przy okazji urodzin jednej z nich. Byliśmy umówieni na 18 ale wyjechałem przed południem w jednym konkretnym celu.
Odwiedziłem zakład pracy, w którym zdobyłem swój zawód, a w przeważającym stopniu moje zdolności i zapał do pracy zawdzięczam człowiekowi, którego jechałem odwiedzić.
Hans. Pan na emeryturze, który nadal pracuje w tej samej firmie, w której i on przed laty wyuczył się zawodu.
Niewiarygodne, prawda?
Bardzo miłe spotkanie, w dużej mierze oparte na wspominaniu jak i wymianie opowieści o tym, co się wydarzyło od tego czasu, kiedy widzieliśmy się ostatni raz.
Do spotkania z koleżankami zostały mi jeszcze 4 godziny, nie miałem innych specjalnych planów na wypełnienie tego czasu, więc po prostu krążyłem po okolicy, gdzie kilkakrotnie w przypływie jakiegoś impulsu decydowałem się na inny kierunek.
Ty sposobem dotarłem do Panewnik, gdzie od swoich 4 lat wyrastałem aż do 15 roku życia.
Zaparkowałem naprzeciwko bloku, w którym mieszkałem i po prostu tak stałem chwilkę patrząc na okna, wejście do klatki. Błyskawicznie przypominało mi się wiele sytuacji sprzed lat, jakby to było wczoraj.

Drugą połowę swojego życia, z którym też mam wiele wspomnień spędziłem o kilkanaście kilometrów dalej, w Kochłowicach. Zdarza się często, że będąc w tych okolicach po prostu przejadę się po tych okolicach, tak też było i tym razem.



Lało, więc w ani jednym przypadku nie wysiadałem nawet z auta, ale parkując przyglądałem się i wspominałem.

Nadszedł czas spotkania, które było kolejnym udanym, ale nie o tym mam zamiar pisać.
Po spotkaniu, chociaż była późna godzina postanowiłem odwiedzić jeszcze jedną koleżankę.
Jak to zwykle bywa po długim czasie nie widzenia się, tematów do rozmów nie brakowało, ale jeden z nich podsunął mi wspomnienie, którego chyba nawet w pamiętniku nie opisałem (sprawdzę później).

Zanim w 1975 roku przeprowadziliśmy się do Panewnik, mieszkaliśmy krótko (nie wiem jak długo) w Chorzowie na ulicy M. Konopnickiej i wyobraźcie sobie, że z tamtych czasów zachowało się w mojej głowie wspomnienie.
Miałem najwyżej 4 lata. Owego dnia zostaliśmy z siostrą chwilę sami. Nie mam pojęcia gdzie poszła mama, być może do sklepu i pewnie zaraz wróciła. Tata na pewno był w pracy, a my pod nieobecność mieliśmy coś zjeść. Jak przez mgłę przypominam sobie, że były to pączki, ale pewności nie mam.
Pewność opuszcza mnie również co do wielu innych szczegółów, ale doskonale pamiętam, że na to jedzenie nie mieliśmy ochoty.
W naszych małych główkach pojawiła się myśl, że jak mama wróci będzie zła, że nie zjedliśmy.
Co z tym zrobić?
Byliśmy już na tyle mądrzy, albo to był tylko mój pomysł, tego też nie wiem, że ukrycie niezjedzonych pączków w domu zostało wykluczone.
Ponieważ mieszkaliśmy na parterze, a kto zna kamienice z tamtych czasów wie, że okna są położone bardzo nisko, postanowiłem wyjść z domu.
Owszem, okna nisko i wysokość łatwa do pokonania, ale nie dla 4 latka!
Błyskotliwie stwierdziłem, że z pomocą przyjdzie mały taborecik, nie wiem jak go nazwać, ale my Ślonzoki mówiymy na niego ryczka.😉
Z powodzeniem udało mi się umieścić go (ją, ryczke) pod oknem na zewnątrz i bez problemu pobiegłem do śmietnika, aby pozbyć się niechcianego dowodu naszej winy.
Z powrotem do domu też żaden problem, jakby nie było plan był świetny, aczkolwiek ręce okazały się za krótkie by wciągnąć taborecik z powrotem do domu.
Uff! jaka ulga, że przechodziła akurat sąsiadka i wspaniałomyślnie mi go podała.

Skąd mogłem wiedzieć, że równie wspaniałomyślnie opowie całą historię mojej mamie!
Tyle wysiłku z zamaskowaniem przestępstwa i wszystko na nic.
Puentą całej tej historii mógłby być fakt, że mama wcale nie była zła, że nie zjedliśmy. Ba! nawet nie była zła, że wyrzuciłem jedzenie do śmietnika! Pewnie nie wiecie, ale mamę miałem super.🙂
Niedawno minęło 10 lat odkąd ją pożegnałem na zawsze.

Zamiast krzyku i ewentualnego lania, albo co gorsza reprymendy, spokojnie wytłumaczyła, że to nie był jeden z tych obowiązkowych posiłków, a już na pewno nie kwalifikował się do wyrzucania. Nie zjem teraz, zjem później, albo mama to zrobi za mnie.
Przez całe moje dzieciństwo towarzyszyło mi życiowe podejście mojej mamy: Chociażby najgorsza prawda jest lepsza od najmniejszego kłamstwa.
Wiele razy dostaliśmy obietnicę, że o ile powiemy prawdę, nie będzie lania.
Haha! Z innych wspomnień doskonale pamiętam, że nie raz i zapewne nie dwa przeskrobaliśmy coś tak porządnie, że pewnie na tyłku nie usiedlibyśmy z tydzień, ale po potwierdzeniu obietnicy opowiadaliśmy całą najprawdziwszą prawdę, ...a mama?
Z zaciśniętymi zębami dotrzymywała słowa, ponieważ dane słowo było święte.

A co do jedzenia i wyrzucania...
Od tego czasu nigdy nie wyrzuciłem jedzenia do śmieci, co więcej...
wychowałem się w domu, gdzie wypraktykowano we mnie szacunek do chleba.
Znacie zapewne taką sytuację, że spadnie kromka chleba na podłogę, nic nadzwyczajnego by w tym nie było, gdyby nie fakt, że po podniesieniu trzeba było ten chleb pocałować.

Prawdziwą puentą tego posta jest fakt, jak bardzo niewiarygodnym jest to co potrafimy zapamiętać, nawet z okresu, który mógłby się wydawać zbyt odległy.
Koleżanka, która opowiedziała mi swoją historię, kiedy jej było 2 i pół roku obudziła wenę, dzięki której po dłuuuugim czasie pojawił się post w moim blogu.
Jedno jest pewne. Wierzcie mi, że to wspomnienie jest moje i nie pamiętam go dlatego, że opowiedziała mi to mama, jej w domu nie było, by znała takie szczegóły.

Będzie mi bardzo miło, jeśli w komentarzu opowiecie mi wspomnienie tak odległe, że aż niewiarygodne aby je pamiętać.
Dawne to były czasy i nie wiele pozostało mi pamiątek, ale zdjęcie poniżej jest z podwórka na Konopnickiej. Muszę i tamto miejsce kiedyś odwiedzić, o ile jeszcze istnieje.


Komentarze

  1. A wiesz, że każdy pamięta wszystko inaczej? Ta sama sytuacja, opisywana przez świadków, jest za każdym razem inna... To taka oczywiście bardzo luźna uwaga... Pozdrawiam ciepło.
    Ps. Bardzo się cieszę, że znów zacząłeś pisać)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie bardzo rozumiem co chcesz tym powiedzieć, ja świadków tej sytuacji nie mam. Z tego co wiem nawet siostra sobie nie przypomina tego zdarzenia.
      A co twoje wspomnienia?
      Jak daleko sięgasz pamięcią?

      Usuń

Prześlij komentarz

Twój komentarz jest dla mnie bardzo ważny. Dziękuję.

Popularne posty z tego bloga

6/2016 z cyklu: Ja i mój rower. Przez Suchy na Łączkę i Filipkę

T O N I      N A P I S A Ł
z cyklu: Ja i mój rower
Gdyby nie wczorajsza 2 zmiana i powrót do domu przed północą, pewnie wybrałbym się w trasę, którą planuję już od kwietnia. Tydzień temu nawet rzuciłem hasło na fb, ale nie wypaliła pogoda.
Dobra, zdradzę wam sekret z posta 4/2016.😉Chodzi o drugie podejście na Girovą i odnalezienie dwóch jaskiń.
Wtedy już mi zabrakło sił, więc teraz w planie mam podjazd pociągiem do Mostów u Jabłonkowa, a potem przez Studeničny. Pewnie nie lekka trasa, ale obiecałem sobie.

Dziś pospałem więc plan trza odłożyć, ale czasu wystarczająco na to by odwiedzić Łączkę. Tym bardziej, że pewna znajoma podsunęła mi informację, że podobno można też z Bystrzycy Suchy.
Okolicę częściowo znam z pracy, ale tylko do ostatniego przystanku.

Czantoria. Pochodzenie i otaczające ją legendy.

T O N I      N A P I S A Ł
Jadąc kiedyś do pracy kupiłem sobie gazetę, tygodnik naszego regionu.
Pomyślałem sobie, że jak będzie dobra robota na cnc to będzie czas poczytać co w trawie piszczy. Tylko nie mówcie majstrowi.😀

Czas rzeczywiście miałem, chwilami, kiedy program zadbał o to bym na chwile usiadł.
Poza informacjami z regionu z wielką uwagą przeczytałem artykuł o Czantorii i o tym skąd właściwie pochodzi jej nazwa.
Jak wiecie, Czantorię widzę, o ile nie ma mgły, codziennie z okna czy jak wyjdę z domu. Tym bardziej zainteresował mnie ten temat.

Zaćmienie słońca, wierzenia, zabobony i praktyki.

T O N I      N A P I S A Ł
W związku z dzisiejszym zaćmieniem słońca, przypomniało mi się, że z tym wydarzeniem od dawna zawsze wiązały się różnego rodzaju zabobony, wierzenia.
Najprawdopodobniej tego typu przesądy czy wierzenia pochodzą i dotyczą miejsc na ziemi, gdzie bogiem jest (albo było) słońce.
Chciałbym powiedzieć, że chrześcijan i osób wierzących w prawdziwego Boga to nie dotyczy. Niestety nie było by to prawdą.