Przejdź do głównej zawartości

Ciężkie życie wegetarianina

T O N I      N A P I S A Ł

Mój blog ma charakter osobistego, więc nic chyba nie stoi na przeszkodzie bym sobie trochę ponarzekał, tym bardziej jak mawiają Czesi: papier zniesie dużo - w sensie, że można pisać i pisać...
W moim przypadku, swoje żale przelewam do posta.
Jeśli więc ktoś nie lubi moich narzekań - odradzam czytanie tego posta.😉
Pewnie wszyscy wiedzą, że nie jadam mięsa, ryb i tym podobnych.
W tym roku minie 25 lat odkąd zdecydowałem się na ten krok.
Nie żałuję, aczkolwiek ostatnio mam pecha.

Miałem dziś dłuższą przerwę w pracy i postanowiłem pójść coś zjeść. Mój wybór padł na kilkakrotnie odwiedzaną pizzerię u Tomaše w Bystrzycy, zaraz koło dworca PKP, czyli tu gdzie stoję z autobusem.
Nie pierwszy raz degustowałem ich menu, więc i tym razem bez obaw poprosiłem o makaron po meksykańsku. Pizza mi się przejadła, a pikantne potrawy uwielbiam.
Smacznie sobie zajadam, ale kilka razy mój wzrok przykuły kawałeczki czegoś, co ewentualnie mogło być wspomnianym w menu parmezanem. Tylko że nigdy, nigdzie nie widziałem w daniach tego sera w kawałkach.
Przyznaję, że kilka zgryzłem i smak nie wydał mi się jakoś podejrzany.
Mimo wszystko skinąłem na kelnerkę, a kiedy podeszła zapytałem o te niezidentyfikowane kawałeczki.
Ze spokojem odpowiedziała, że to mięso z kury. !!!


- Jak to, że nie macie podane w menu że to danie jest z mięsem? - padło moje pytanie.
- Jestem wegetarianinem - oznajmiłem.
Przepraszała wyjaśniając, że niedawno zmieniali jadłospis i nie zmienili jeszcze menu.
Ponieważ odmówiłem kontynuowania jedzenia tego dania, zaproponowała, że zrobią mi nowe bezmięsne.
Wyraziłem nadzieję, że nie zaszkodzi mi ta niewielka ilość niejedzonego od lat mięsa.
Z dziwnym uśmiechem i powątpiewaniem mówiła, że niby czemu by miało?
Nie liczę na zrozumienie, bo wielokrotnie jestem odbierany jako „dziwoląg”, a nie rzadziej jestem pouczany, że mięso jest potrzebne do prawidłowego funkcjonowania.
Po pierwsze staż mojego odżywiania powinien mówić sam za siebie, a po drugie jest to moja wolna i nie wymuszona wola i nie podlega dyskusji.😜

Najgorsze jest to, że potwierdziły się obawy, że zanikł za te lata smak mięsa, a to niesie ryzyko nieświadomości tego co jem.
Jest na to sposób: przestać jeść w restauracjach albo pytać za każdym razem czy przypadkiem nie dodali do dania czegoś niejadalnego dla mnie pomimo, że w menu nic o tym wspomniane nie jest.
Tym bardziej że nie jest to odosobniony przypadek.
Nawet nie miesiąc temu, również w pizzerii (Cafe Vergnano), tylko że w Trzyńcu, zajadałem smacznie lasagne zapieczone z szpinakiem.
Zupełnie nic podejrzanego, bo danie w menu znajdowało się w kategorii bezmięsnych, tylko, że w trakcie jedzenia napotkałem w talerzu kawałeczki, szczątki jakiejś wędliny!
Pani kelnerka na moją reklamację przepraszając wyjaśniała, że mają dużo ludzi, dużo zamówień i zapewne z tego powodu przez przypadek spadło to do mojego jedzenia.
Patrzyłem na nią ze zdumieniem, komentując delikatnie, że nie powinno to mieć miejsca.
Zdumiony takim podejściem jestem dlatego, że równie dobrze z tego samego powodu, że kucharz ma dużo pracy i kiedy wrócił z WC nie umył rąk, bo nie miał czasu.
Przesadzam? Być może, ale o ile choć trochę mnie rozumiecie w mojej nieprzeciętności, to zrozumiecie, że jest to dla mnie bardzo nieprzyjemna sytuacja.

Zdaję sobie sprawę, że większość tej niechęci do mięsa odgrywa się w mojej głowie niż być może w żołądku, ale niezaprzeczalnym jest fakt, że dziś chociaż obyło się bez biegu do WC, to w brzuchu jakaś rewolucja była i to z towarzyszeniem uczucia przypominającym ból.
Zaledwie kilka kawałków, jednak dla organizmu odzwyczajonego to pewnego rodzaju szok.
Wierzcie nie wierzcie, ale kilka takich sytuacji miałem, że chociaż nieświadomy tego co zjadłem, zmuszony byłem w szybkim tempie znaleźć wspomniany przybytek. Dopiero potem dowiadywałem się co jadłem.

Paradoksem jest, że dla większości ludzi tzw. mięsożernych to normalka, że w wielu daniach kategoryzowanych jako bezmięsne, w menu spotykam wśród innych składników szynkę lub inną wędlinę.
Dziwi mnie to w czasach, kiedy wegetarianizm nie jest wyjątkiem, że mimo wszystko nie można mieć zaufania do kucharzy.
Odnoszę wrażenie, że spora liczba osób serio uważa "nas" za dziwolągów, albo co najmniej nie bierze poważnie.
Chociaż wiem, że niewiele moich czytelników komentuje posty, to mimo wszystko ciekawy jestem waszych doświadczeń i spostrzeżeń dotyczących restauracji.

Komentarze

  1. Nie dziwię się, że trochę mięsa Ci zaszkodziło - ja byłam wegetarianką może pełny rok, tak miałam taki etap :-) I później przez długi czas (kilka lat) nie mogłam jeść w ogóle mięsa wołowego np.gulaszu - miałam "przez ten cały wegetarianizm" :-D rozstrojony żołądek. Czułam się tragicznie, jakby skręcały mi się jelita i pewnie to miało miejsce. Po kilku latach znów mogę, ale nie jadam.
    Toni, nie ma sensu czepiać się jednego wydarzenia - wegetarianizm faktycznie nie jest niczym nowym, na Twoim miejscu wybierałabym miejsca pewne, wiem, że w Czechach funkcjojune restauracja (chyba nawet sieć) Country Life. wege restauracja.
    W Bielsku jest Greenway - z bardzo dobrym jedzeniem. Może u Was też jest? Sprawdź to.
    Lubię jedzenie wege i często zamawiam własnie wege wersję - choć ja to na powrót mięsożerna jestem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chcesz powiedzieć, że przez mój wegetarianizm mam rozstrojony żołądek? To chyba normalne, że mój organizm tak reaguje. Poza tym zauważ, że to nie jedno wydarzenie ale dwa opisane, a ile z takich pominąłem, by nie wydłużać moich narzekań.
      Co do wege restauracji mam do dyspozycji tylko jedną w naszym małym mieście, którego w żadnym przypadku nie da się przyrównać do Bielska. Wybierać pewne miejsca? Przecie napisałem, że tam gdzie miały miejsce te incydenty jadłem nie pierwszy raz, więc to sprawdzone miejsca.
      Dziękuję bardzo za komentarz :)

      Usuń
  2. A co Ty się Toni dziwisz, w czasach, gdy w kabanosach jest przykładowo 50 % mięsa...

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Twój komentarz jest dla mnie bardzo ważny. Dziękuję.

Popularne posty z tego bloga

6/2016 z cyklu: Ja i mój rower. Przez Suchy na Łączkę i Filipkę

T O N I      N A P I S A Ł
z cyklu: Ja i mój rower
Gdyby nie wczorajsza 2 zmiana i powrót do domu przed północą, pewnie wybrałbym się w trasę, którą planuję już od kwietnia. Tydzień temu nawet rzuciłem hasło na fb, ale nie wypaliła pogoda.
Dobra, zdradzę wam sekret z posta 4/2016.😉Chodzi o drugie podejście na Girovą i odnalezienie dwóch jaskiń.
Wtedy już mi zabrakło sił, więc teraz w planie mam podjazd pociągiem do Mostów u Jabłonkowa, a potem przez Studeničny. Pewnie nie lekka trasa, ale obiecałem sobie.

Dziś pospałem więc plan trza odłożyć, ale czasu wystarczająco na to by odwiedzić Łączkę. Tym bardziej, że pewna znajoma podsunęła mi informację, że podobno można też z Bystrzycy Suchy.
Okolicę częściowo znam z pracy, ale tylko do ostatniego przystanku.

Czantoria. Pochodzenie i otaczające ją legendy.

T O N I      N A P I S A Ł
Jadąc kiedyś do pracy kupiłem sobie gazetę, tygodnik naszego regionu.
Pomyślałem sobie, że jak będzie dobra robota na cnc to będzie czas poczytać co w trawie piszczy. Tylko nie mówcie majstrowi.😀

Czas rzeczywiście miałem, chwilami, kiedy program zadbał o to bym na chwile usiadł.
Poza informacjami z regionu z wielką uwagą przeczytałem artykuł o Czantorii i o tym skąd właściwie pochodzi jej nazwa.
Jak wiecie, Czantorię widzę, o ile nie ma mgły, codziennie z okna czy jak wyjdę z domu. Tym bardziej zainteresował mnie ten temat.

C6H5-NH-C2H5

T O N I      N A P I S A Ł
C6H5-NH-C2H5 wygląda jak jakiś kod aktywacyjny.
Zamieściła go dziś na fb moja dobra (wirtualna) koleżanka, a że do chemii było mi zawsze daleko, więc nie miałem nawet pojęcia o co chodzi.
Jak się okazało jest to chemiczny wzór miłości.