Przejdź do głównej zawartości

Dzień z życia kierowcy. Odcinek 2: Zmiana A.


Toni napisał:
Pobudka we wspomnianym środku nocy: 3:10, po to aby w autobusie usiąść maksymalnie 10-15 minut przed odjazdem (w lecie o 10 minut później, nie ma mrozu i nie trzeba zagrzewać silnika).

Idę równiutki 1 kilometr (mam to dokładnie zmierzone dzięki licznikowi na rowerze) na nasz Nydecki rynek.
Około 3:35 przychodzę do autobusu i zaczyna się codzienna rutyna.
Co robię pierwsze?
Zanim usiądę za kierownicą oczywistością (jak dla mnie) jest, że kontroluję pojazd zewnątrz i wewnątrz. Nie będę was zanudzał tym wszystkim co kontroluję, ale jakoś weszło mi to w nawyk.
Siadając za kierownicą na sam początek włączam radio, wiecie przecie, że żyję muzyką, a od dawien dawna nie wyobrażam się robienia czegokolwiek bez towarzystwa grającego radia, dopiero potem następuje wypakowywanie wszystkich moich gratów niezbędnych dla mojego osobistego komfortu w pracy.
Jak już napisałem w odcinku 1, moje podejście, system i organizacja jest indywidualna, każdy to ma jakoś według siebie poukładane, ale znam oczywiście takich, którzy po 3 minutach są gotowi do odjazdu.
Pierwsze z torby wyciągam okulary, o których dawno wiecie, że to jeden z moich najlepszych przyjaciół😉 a szczególnie wtedy, kiedy brakuje światła dziennego.

Następnie (niekoniecznie w tej samej kolejności) wkładam kartę do tachometru i klikam na odpowiednie funkcje.
Odpalam urządzenie do obsługi przystanków i podróżnych (nie mam pojęcia jak to się nazywa po polsku i nie zamierzam sprawdzać😉) tutaj muszę się zalogować, wstukać numer turnusu, w opisywanym dzisiejszym dniu chodzi o 125, jutrzejszy wam opiszę "jutro".😉

Dlaczego jutro w cudzysłowie? Wiecie doskonale, że nie publikuję codziennie swoich postów i to nie tylko dlatego, że nie mam czasu, ale niektóre posty, właściwie większość z nich powstaje kilka dni, a niektóre leżą w "materiałach" nawet miesiącami.

Kolejną czynnością jest przygotowanie drobnych, które kiedyś na początku miałem w takim pudełku, o którym niektórzy twierdzili, że powinienem chodzić na ryby nie do autobusu.😜
Prawdą jest, że jedną z wielu rzeczy, która się zmieniła w profesji kierowcy autobusu jest to, że w niektórych (oby nie w większości) nie dostaje się tych takich charakterystycznych torebek na kasę.
Dzięki grupie kierowców na fb i swojej śmiałości zapytałem raz, czy przypadkiem gdzieś komuś nie leży niepotrzebna, ponieważ kupując w sklepie za niechrześcijańskie pieniądze sterroryzowałbym portfel, a jakoś nie miałem sumienia. Tym bardziej, że musicie wiedzieć, że jest to szyte ze skóry, więc cenę sobie możecie wyobrazić.

Jak się mówi, wszędzie są ludzie i ludziska, więc nic w tym dziwnego, że w odpowiedzi dostałem propozycję wysyłki aż z drugiego krańca Czeskiej Republiki, na zapytanie o cenę przeczytałem:
Ile uznasz za stosowne.
Skąpcem (każdy trochę😉) nie jestem, więc kiedy torebka przyszła odesłałem przelewem odpowiednią kwotę.
Zaskoczy was pewnie fakt, że w ogóle nie bylem podejrzewany o to, że po otrzymaniu paczuszki, pieniędzy nie poślę i tym samym miałbym ja za darmo, tego by mi nawet moje niechrześcijańskie 😉 sumienie nie pozwoliło.😀

Odbiegłem trochę od tematu, ale tak to już ze mną jest i zmiany nie przewiduję.😜
Właściwie przyszło mi do głowy, że mój blog zamiast Toni napisał miał się nazywać coś w rodzaju: Gadulstwa Toniego. To byłby dopiero oryginał, że ja na to nie wpadłem wcześniej.😀
Przy okazji: Wiecie skąd pomysł na Toni napisał a nie inaczej?

Wracając do tematu mam usprawiedliwienie, albo raczej pocieszające stwierdzenie:
Jeśli się doczekacie odcinka 3, to już będziecie znali sporo szczegółów na zapas, ponieważ każdy dzień pracy zaczyna tak samo, tylko, że o innej godzinie. Jest więc prawdopodobieństwo, że kolejne odcinki już nie będą takie długie. Nie obiecuję.😀

Do odjazdu jeszcze kilka minut, więc czasu sporo na kolejne "rytuały".
Umieszczam na kokpicie mojego pojazdu kamerę, którą zakupiłem sobie na samym początku swojej kariery, głównie dlatego, że świadom swojego braku doświadczenia obawiałem się, że przy ewentualnej kolizji lub co gorsza wypadku będę odbierany automatycznie jako żółtodziub z brakiem prawa na obronę. Video materiał zawsze może pomóc w wyjaśnianiu jakiejkolwiek nawet niezaistniałej sytuacji.
Wierzcie - nie wierzcie, dotychczas ani razu nie musiałem korzystać z ułożonych fragmentów...

Wróć.
Raz się przydało kiedy zostałem posądzony o niezabranie pasażera z przystanku.
Mówi się temu "słowo przeciw słowu" jeśli nie masz dowodu, a ja miałem, ponieważ informacja - obwinienie przyszło raptem do 2h od domniemanego "przestępstwa". Video udowodniło fakt, że na przystanku podczas mojego przyjazdu nikogo nie było. Gdybym musiał udowadniać niewinność dzień później, a nieświadom swojego "czynu" nie ułożyłbym odpowiedniego fragmentu, to do tego czasu kamera w swej ograniczonej pojemności karty usuwa, przepisuje starsze videa.

Do obowiązkowych czynności na początku zmiany należy również kontrola dokumentu uprawniającego mnie do jazdy.
Ponieważ u mnie niezapowiedziane zmiany nie grożą, więc wcześniej wpisany numer turnusu tylko teoretycznie potwierdzam, ewentualnie poprawiam numer rejestracyjny pojazdu, ponieważ czasami, przeważnie z przyczyn serwisowych, dostajemy inny, zastępczy.
Równie teoretycznie potwierdzam wpisany stan licznika kilometrów, ponieważ jak w wielu innych sytuacjach mamy z kolegą do siebie pełne zaufanie.
Całość potwierdzam swoim autografem.

Kiedy na urządzeniu punktualnie o 4:00 pisknie sygnał odjazdu, wtedy w autobusie już siedzi jeden jedyny pasażer, którego zawiozę do Bystrzycy na pociąg, którym będzie kontynuował jazdę do pracy gdzieś w okolicach Karwiny. Zdarza się, że nie jedzie nikt, albo też ktoś, kto po prostu potrzebuje.
Na kolejnych przystankach, których do celu mam jeszcze 6, bywa różnie, ale najczęściej poza jednym z nich na ulicach jeszcze ani żywego ducha. Nie ma się co dziwić, "normalni" ludzie jeszcze śpią.😉
Trasa ma niecałych 5km, trwa 8 minut,  po czym przełączam na kolejny kurs i najczęściej drzemię w oczekiwaniu na sygnał, który przyjdzie o 4:20.
10 minut drzemki! Myślicie, że to możliwe i ma jakiś sens?
Jadę z powrotem, ale tym razem o 3 przystanki dalej, czyli do części Nydku pod nazwą Strzelma.
11 przystanków wiozę powietrze (takiego określenia czasami używamy) i czasami mijając po kolei przystanki zastanawiam się czy aby na pewno nikt tam nie stał. Wiecie, taka rutyna czy inaczej zwane przyzwyczajenie, że nigdy nikogo nie ma. Obym się kiedyś nie zdziwił (zbyt późno).

Kiedy dojeżdżam do przystanku, z którego rozpocząłem dzisiejszą zmianę, macham do kolegi, któremu zmiana zaczęła troszkę później, dokładnie tę samą pojadę jutro. Zdarza się, że się nie zobaczymy albo mijamy się po drodze, bowiem pierwszy wyjazd nie jest kierowany rozkładem jazdy... ale o tej zmianie w następnym odcinku😉 albo jeśli wytrzymacie czytać dalej, dowiecie się o podobnej sytuacji za chwilę.
Na ostatnim przystanku Strzelmej mam tylko minutkę i jadę znów w dół.
W zimie, kiedy warunki nie są tak korzystne, to bywa nawet kilkuminutowy czasowy poślizg, ale w innych porach roku spokojnie robię siku i jadę w dół.

Co? Dziwi was, że wspomniałem o sikaniu?
Jeśli tak to nie powinno, ponieważ ci, którzy nie znają tego fachu dość często zadają tego dotyczące pytania.
Pominę szczegóły, ale zdradzę wam tajemnicę😉 sikam i te inne sprawy zgodnie z rozkładem jazdy.😀
Jak to możliwe? - zapytacie - a tak to, że organizm to taka konstrukcja, że się dostosuje.
Czasami dojeżdżam do wyznaczonego celu i kręcę się na siedzeniu nie mogąc wytrzymać, ale czasami dojadę i luzik. Mówię sobie wtedy:
- Czyżby jakaś zmiana w zwyczajach?😮
- Ależ skąd - odpowiada pęcherz - i już lecę w bliżej niespecyfikowane miejsce.😀

O 4:42 z powrotem dojeżdżam do rynku, czyli wspomniane 3 przystanki. Tutaj kilka stałych pasażerów przesiada się na pierwszy autobus do naszego przemysłowego miasta, a ja podążam tzw: służbowo przejazdem do kolejnego z trzech krańców Nydku obsługiwanych autobusami, czyli do osady pod nazwą Gora (to nie błąd jakby co, to nie Góra).
Na miejscu jestem ok. 5 minut przed odjazdem o ile warunki są znośne, ponieważ wszystkie trzy oddalone od centrum "końce" są pod górkę, a ten akurat znajduje się pod Małą Czantorią.
Przełączam kurs i wsiadają (lub też nie) przeważnie stali pasażerowie.
4:50 odjazd, tym razem 15 km kursu, aż do trzynieckiej huty.

Do celu dojeżdżam (przynajmniej miałbym wg rozkładu jazdy) o 5:37. Tu się zjeżdża kilka autobusów z całego regionu Jabłonkowska, niektórzy zostali na głównym dworcu, inni na dworcu przed hutą, a jeszcze ktoś jedzie do zony przemysłowej. Nie będę was zanudzał informacjami ile tu mamy w sumie linii, ale trochę tego tu jeździ.
W hucie przy stołówce stoję do 6:10, ale to jeszcze dla mnie za wcześnie na śniadanie, a kawy i tak mi nie zaleją, bo szefowa zabrania. Kupować za wygórowane pieniądze też nie mam w zwyczaju. Przerwę zazwyczaj przegadam z innymi kierowcami albo ewentualnie dośpię po niezbyt udanej nocy.
Kolejny kurs jest powrotny do Nydku.
Niespełna godzina do celu (7:02) czasami bywa dość krytyczna, ponieważ organizm już byłby gotów na życiodajną dawkę kawy. Niestety ale dojeżdżam w takie miejsce, że nic poza drzewami niema. Co więcej nie ma nawet sygnału w telefonie.
Moja trasa bowiem prowadzi do 3 krańca, czyli Hluchová (Głuchowa). Na Nydeckim rynku "spotykam się" z liniami na pozostałe dwa krańce. Zawsze na siebie czekamy (przynajmniej większość z nas) aby umożliwić przesiadkę.

Zapytacie po co w takim razie tam jadę skoro i tak nikt tu nie mieszka?
Po pierwsze muszę gdzieś zawrócić 12 metrowego kolosa, ponieważ na wcześniejszych przystankach kilku pasażerów miewam.
Po drugie chociaż faktem jest, że rzeczywiście prawie nigdy tu nikt nie jedzie, to na innej linii zdarzają się turyści.
Hluchová bowiem dość blisko sąsiaduje ze znaną górą Stożek, a bliżej ze Soszowem.
Mało tego, tu gdzie stoję nie jest to ostatni przystanek, ten jest obsługiwany jeszcze rzadziej inną linią.

Mógłbym wozić z sobą czajnik elektryczny (mam) ale i tak miałbym zbyt mało czasu na wypicie, ponieważ zjeżdżam w dół już o 7:10. W zimie warunki na drodze też trudne, więc czasami trwa 5 minut zanim "kopiąc" kołami w miejscu, próbuję zawrócić.
Jest to tak zwany szkolny kurs, gdzie już na kolejnych 3 przystankach wsiadają w 99% dzieci, wysiadają na 4 przystanku "u Nydeczanki", a ja podążam do Bystrzycy na dworzec kolejowy, gdzie po 5 minutach od przyjazdu już o 7:30 jadę z powrotem na Nydecki rynek.

Od 7:38 do 8:00 teoretycznie sporo czasu na wypicie kawy, ale dzięki wydajności czajnika, woda gotuje się 14 minut. Parę łyków zdążyłbym zrobić, ale istnieje ryzyko, że opalę sobie pyszczek.😀
Innym powodem niepicia kawy w czasie tego czekania na kolejny kurs jest fakt, że gustuję w piciu kawy w towarzystwie innej osoby.
Ponadto istnieje, dość często ignorowana (i przeze mnie), teoria, że kawy by się nie miało pić na głodny żołądek, a czas na śniadanie przyjdzie po tym własnie kursie, czyli w Trzyńcu, do którego dojadę o 8:26.
Kiedyś, zanim zrobili tę słynna obwodnicę, jazda ze zgodnością do rozkładu jazdy graniczyła z jakimś cudem, ponieważ ruch nie tylko osobówek ale i tirów na międzynarodowej drodze był ogromny.
Na dworcu autobusowym w Trzyńcu mam czas do 9:28, więc na spokojnie idę do zawsze tego samego sklepu po jeden z ulubionych wegetariańskich pasztecików, potem wracam i wchodzę też zawsze do tego samego, chociaż niejedynego ze sklepów piekarni.
Firm, które pieką pieczywo w naszej okolicy jest sporo i dało by się powiedzieć, że każda ma coś dobrego. Ja się przyzwyczaiłem do "kostki ze słonecznikiem". Na pierwszy rzut oka "zwykła" bułka, a w dodatku wcale nie wygląda jak kostka.😀
Czasami kupujemy coś tylko dla wyglądu, w tym wypadku zdecydowanie chodzi o smak. Może dla kogoś żadna rewelacja, ale przecież każdy ma swój gust, a o tych podobno się nie dyskutuje.😉

Nie wszyscy dosięgają tego komfortu aby zjeść śniadanie w cywilizowanym pomieszczeniu, w wielu przypadkach kierowcy jedzą za kierownicą lub siedząc  gdzież w autobusie, a najczęściej na tzw. "czwórce" gdzie siedzenia naprzeciwko (w odwrotnym kierunku niż jazda) służą jako stolik.
Zdradzę wam tajemnicę, że dość dobrze się też na nich śpi, aczkolwiek część ciała "wisi" w powietrzu.😉

W pokoiku dla kierowców , w zależności od turnusu i zwyczajów kierowcy bywam też sam, ale w większości przypadków mam to "potrzebne" do wypicia kawy, czyli towarzystwo.
Oczywiście jest też lepszy czajnik, bo tzw: bezprzewodowy no i głównie zasilany innym prądem.
Przy okazji można posiedzieć i poplotkować. Jak by nie było tak się składa, że schodzą się tu przedstawiciele trzech firm, które obsługują komunikację miejską i pozamiejską. Można się poradzić od bardziej doświadczonych w kwestii jeżdżenia czy innych kwestii związanych z prowadzeniem autobusu.

Kolejny, 31 minutowy kurs, wiedzie mnie znów do Nydku, a to tam gdzie byłem rano przed godziną 5. Teraz dla odmiany stoję tu dłużej, aż 50 minut, do 10:50.
Przerwy wykorzystuję różnie, w zależności od pogody i samopoczucia. Tutaj w lecie pojadłem sporo smacznych czereśni.

Można się też zdrzemnąć, napisać na brudno posta albo popisać z kimś akurat dostępnym online.
Wiecie chyba doskonale, że bardzo lubię z kimś pisać nierzadko, a najczęściej na messenger lub przez inne dostępne komunikatory.
Ktoś może zauważyć:
- Nie drzemiesz ty w tej pracy jakoś za dużo? Jeszcze powiedz, że ci za to płacą?
Kwestię płacy raczej pominę, bo chociaż najgorzej nie zarabiam, to w przeliczeniu na ilość spędzonych w pracy godzin, jedynym wytłumaczeniem, dlaczego to robię jest, że albo na prawdę lubię tę pracę albo nie mam wizji znalezienia lepszej pracy (odpowiedź znacie).
Więc dlaczego miałbym sobie nie poleżeć?😜
Chciałbym jednak zauważyć, że kierowca, a w szczególności przewożący ludzi powinien być wypoczęty.

Powoli dzisiejsza zmiana zbliża się do końca. Pozostał mi kurs do Trzyńca i z powrotem. Oczywiście znowu z przerwą, tym razem 40 minutową. Z wykorzystaniem jej bywa różnie, w zależności od potrzeby: drobne zakupy, fryzjer, inne sprawy😉, no i nieodłączne plotkowanie z innym kierowcą.😀
Autobus o 12:10 jest zazwyczaj dość zapełniony, ponieważ ktoś odkrył, że przyjeżdżając wcześniejszym wystarczy akurat na załatwienie swoich spraw w mieście.

Ponieważ to ostatni kurs i czas na wymianę kierowcy, mknę ile fabryka dała.
Żartuję😀 Oczywiście zgodnie z przepisami😉 i tak aby mi pasażerowie nie pospadali z siedzeń. 😀
Jadę, znanymi na wskroś, ulicami, gdzie czasami już nawet nie zaglądam w lusterko, kiedy pokonuję jakiś ostrzejszy zakręt, aby się upewnić, czy tylnym kołem nie wjeżdżam na krawężnik.
Na rynku w Nydku wsiada kolega, jedzie ze mną do Gory, a tam o 12:42 kończy moja zmiana. Pakuję swoje manatki, zasiada on, a ja teraz jako pasażer zwiozę się do przystanku bliżej domu, czyli już nie kilometr ale pół.

Świetna zmiana nieprawdaż?
Co z tego, że wstałem po 3 nad ranem, teraz mam jeszcze daleko do wieczora.
Zawsze powtarzam, że czym wcześniej wstaniesz, tym dłuższy dzień masz.
Sporo czasu, który można wykorzystać jak kto woli lub potrzebuje. W zależności od pory roku, samopoczucia, czy innych kwestii można popracować koło domu, zrelaksować się albo wykorzystać inne okazje do czegokolwiek.😉
Ostatnio wszystkie wolne chwile spędzałem na montowaniu mebli zakupionych oczywiście w częściach.


Niedawno na instagramie zapytałem was przy innym zdjęciu, czy sądzicie że się zmieści to co nakupiłem? Jak widzicie Fokus pokazał mi po raz kolejny swoją niezawodność.
Czy równie niezawodny byłem i ja podczas montowania?


Wracając do tematu, zarazem go kończąc...
Mimo wszystko pojęcie "sporo czasu" to pojęcie względne, a to z tego powodu, że jutrzejsza zmiana też wymaga wczesnego wstawania.
Chyba się starzeję, ponieważ przyzwyczaiłem się, że idealna długością snu jak dla mnie jest 6h, więc dziś powinienem iść spać maksymalnie o 21:55.🙂

Zdarza się, szczególnie w lecie, kiedy dzień jest długi i pracy więcej, że żona woła do domu, albo sąsiedzi krzyczą:
- Nie przesadzasz ty przypadkiem z ta robotą? Ciemno się robi.
Jak trzeba to trzeba, szkoda przecie marnować dzień spaniem.🙂 Kiedyś sobie to odeśpię.😀
Abyście sobie nie pomyśleli, że tylko praca i praca, czasami wczesne pójście spać nie wyjdzie, bo zasiedzę się przy jakimś fajnym filmie, którego szkoda nie doobejrzeć, albo przy innym "pilnym" zajęciu.🙂

Chodzę też spać wcześniej.
Niektórzy twierdzą, że deficytu w spaniu nie da się odrobić. Bzdura, ponieważ organizm upomni się sam, kiedy potrzebuje więcej snu niż 6h. W takich sytuacjach zdarza się, że idę spać ok. 20, wtedy żona mnie pyta:
- Czy ty przypadkiem nie jesteś chory?😀
No to dobranoc, jutro wstaję o 4:00.

Więc jak? Był ten dzisiejszy odcinek bardzo długi?
Usprawiedliwiając się, powiem, że zmiana trwała 9h. Spróbujcie to streścić😀😜 wraz z przejechanymi 120km.
O ile nie znosicie długich opowieści muszę was zmartwić: Jutrzejsza zmiana ma 15h!😀

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

6/2016 z cyklu: Ja i mój rower. Przez Suchy na Łączkę i Filipkę

T O N I      N A P I S A Ł
z cyklu: Ja i mój rower
Gdyby nie wczorajsza 2 zmiana i powrót do domu przed północą, pewnie wybrałbym się w trasę, którą planuję już od kwietnia. Tydzień temu nawet rzuciłem hasło na fb, ale nie wypaliła pogoda.
Dobra, zdradzę wam sekret z posta 4/2016.😉Chodzi o drugie podejście na Girovą i odnalezienie dwóch jaskiń.
Wtedy już mi zabrakło sił, więc teraz w planie mam podjazd pociągiem do Mostów u Jabłonkowa, a potem przez Studeničny. Pewnie nie lekka trasa, ale obiecałem sobie.

Dziś pospałem więc plan trza odłożyć, ale czasu wystarczająco na to by odwiedzić Łączkę. Tym bardziej, że pewna znajoma podsunęła mi informację, że podobno można też z Bystrzycy Suchy.
Okolicę częściowo znam z pracy, ale tylko do ostatniego przystanku.

Czantoria. Pochodzenie i otaczające ją legendy.

T O N I      N A P I S A Ł
Jadąc kiedyś do pracy kupiłem sobie gazetę, tygodnik naszego regionu.
Pomyślałem sobie, że jak będzie dobra robota na cnc to będzie czas poczytać co w trawie piszczy. Tylko nie mówcie majstrowi.😀

Czas rzeczywiście miałem, chwilami, kiedy program zadbał o to bym na chwile usiadł.
Poza informacjami z regionu z wielką uwagą przeczytałem artykuł o Czantorii i o tym skąd właściwie pochodzi jej nazwa.
Jak wiecie, Czantorię widzę, o ile nie ma mgły, codziennie z okna czy jak wyjdę z domu. Tym bardziej zainteresował mnie ten temat.

Polsko czeski słownik wulgaryzmów

T O N I      N A P I S A Ł
Znacie zapewne doskonale post, w którym opisuję  polsko-czeskie różnice językowe, a tam pisze, że wbrew pozorom i ewentualnie krążącym mitom, czeski język nie jest aż tak podobny do naszego. Owszem, jest wiele podobnych słów, ale nie zawsze, a raczej rzadko kiedy oznaczają to samo.
Wśród moich czeskich znajomych mam niektórych, których z jakichś tam powodów fascynuje j.polski. Są też tacy, którzy należąc do pewnej mniejszości twierdzą, że język polski znają bardzo dobrze, ba! są i tacy, którzy twierdzą, że znają go lepiej niż ja, ale to już inny rozdział.😏

Jednym z tych, którzy ciągle o coś pytają, prosząc o tłumaczenie, jest pewien muzyk (LP), którego bardziej zafascynowały te słowa, których normalnie w życiu nie używamy.
Zdobył gdzieś książeczkę - słownik wulgaryzmów polsko-czeskich (nie tylko, jak widać na okładce). Postanowiłem wybrać kilka (naście, może dziesiąt) słówek, aby wam pokazać to, co niektórych Czechów fascynuje najbardziej. Jest to bogatość …