Przejdź do głównej zawartości

Wędrowanie po górach. Barania dla odkrywców

T O N I      N A P I S A Ł

Sezon rowerowy zakończyłem i od razu wśród znajomych w grupie na fb rzuciłem hasło: "Kiedy idziemy w góry?". Nie musiałem długo czekać na reakcję ewentualnych zainteresowanych.
1 listopada Turbo Ślimoki zostały reaktywowane, a zarazem zwerbowałem kolejnego członka w osobie koleżanki z Czeskiego Cieszyna.
Upłynęło sporo czasu, kiedy ostatni raz widziałem niektóre osoby. Spotkaliśmy się w Wiśle a wycieczkę zaczęliśmy tam gdzie Biała Wisełka wpada do Jeziora Czerniańskiego, czyli w Wiśle Czarne.

Mapy do wglądu:
Endomodo
Przygoda Garmin

Jak na pierwszy wspólny wypad było nas 8 osób!


Było ok. 8:30, chłodnego niedzielnego poranka. Rozgrzewał nas jednak marsz.
Poza podziwianiem kolorów jesieni, zachwycaliśmy się strukturą skał wzdłuż rzeki, czy jak kto woli potoku.



Szliśmy niebieskim szlakiem zwanym też Ścieżką dydaktyczno - przyrodniczą, gdzie co jakiś czas tablice informowało nas o bogactwach rezerwatu Barania Góra.


Imponująco wyglądały płyty na dnie rzeki


Przyroda jest tak nieobliczalna, że w sumie nie można się dziwić, gdzie postanowi by coś rosło


W marszu pomagały mi kije zakupione wczoraj, do których coraz bardziej się przyzwyczajałem.


Znaleźliśmy się miejscu, które nie wzbudziłoby mojego zainteresowania gdyby nie Mariusz.


Ta ciekawa "budowla" to pomoc dla pstrągów, które jak wiadomo, w pewnym okresie płyną w górę rzeki. Nie powątpiewam w ich zdolności skakania, ale mamy suszę.


Zabrzmiało pytanie: "Czy one (pstrągi) wiedzą, że mają tędy przepływać by dostać się nad kaskadę?" To ułatwienie przypomina mi tunele pod autostradami dla żab. Kiedyś żartem stwierdziłem, że powinni umieścić jakieś strzałki kierujące do wejścia.😀
Przyszło mi teraz do głowy, że być może to tylko człowiek jest tak "prymitywny", że potrzebuje do wszystkiego konkretnych wskazówek.
Szliśmy dalej a czym wyżej, tym większe pojawiały się nadzieje na słoneczny dzień.


Wspomniałem o kaskadach na rzece, które były sztucznymi tworami, ale teraz zbliżaliśmy się do tych naturalnych.


Na pytanie czy tu kiedyś byłem, odpowiadałem, że na pewno, ale co najmniej 25 lat temu i nawet jeślibym pamiętał okolicę, to na pewno wiele się zmieniło.


Być może na słupkach koło drogi była jeszcze barierka, dziś podobno komuś coś przypominają.


Cel naszej wycieczki był jeszcze daleko przed nami ale tu w mojej głowie znalazło się skojarzenie: Serce Wisły. No sami powiedzcie, czy pomimo suszy nie biło tu serce największej z naszych rzek?
Jedno jest pewne, moje serce z zachwytu biło mocniej.



Tempo mieliśmy umiarkowanie wolne tak, że mieliśmy sporo czasu na robienie zdjęć. Dobrze, że to nie czasy aparatów na klisze z ograniczoną pojemnością, bo Mariusz powiedział: "Będą ładniejsze", a kiedy doszliśmy do miejsca oznaczonego jako Kaskady Rodła, kilka z nas zaniemówiło.



Wspiąłem się po kamieniach w korycie rzeki by jeszcze lepiej przyjrzeć się temu pięknu zarazem uwieczniając siebie na dowód, że tu byłem.


Jeśli ktoś z naszej ekipy się śpieszył, miał pecha.😉 Kaskada miała swoją sesję, a na koniec cała nasza ekipa odkrywcza za pomocą mojego stojaczka.


Ekipą odkrywczą nazwaliśmy tak siebie, ponieważ naszym celem było dojść do miejsca, skąd zaczyna Wisła. Po drodze przyglądaliśmy się fenomenom przyrody.


Utwardzona droga wysłana mnóstwem liści, co wywołało wspomnienia z dziecięcych lat kiedy szurałem nogami by czerpiąc przyjemność z tego szumu.


Jak już wcześniej pisałem, czym wyżej tym większe szanse na słoneczny dzień. Teraz można powiedzieć, że czym wyżej tym cieplej, więc niektórzy pozbywali się jakiejś warstwy ubrania.


Niestety zatrzymany wcześniej robieniem zdjęć nie zdążyłem na moment rozbierania.😉
Niesamowite drzewo na chwilę przykuło naszą uwagę.



Jeszcze sporo przed nami więc kawałek dalej zrobiliśmy przerwę na posiłek, gdzie zauważyłem, jak w słonecznym miejscu przyglądał nam się również księżyc.


Tutaj właściwie byliśmy już na typowo górskiej drodze, gdzie pewnym utrudnieniem były kamienie.
(Spojrzenie w tył).


Przecinaliśmy też drugi dopływ Wisły czyli Czarną Wisełkę i chociaż Wiślanie stoją przed groźbą braku wody, to nadal coś spływa z góry.


Za kolejnymi dwoma zakrętami pojawiła nam się panorama, wśród których mogłem zobaczyć Czantorię i to czym tam oddycham widząc ten smog.


Gdzieś tutaj zboczyliśmy z niebieskiego szlaku by dotrzeć do źródła. Nie pozbawieni widoków zmierzaliśmy do najtrudniejszego etapu naszej wyprawy.


Z jednej strony słońce, z drugiej strony cień, który bardzo utrudniał zrobienie niektórych ujęć, dlatego pozwoliłem sobie na późniejsze rozjaśnienie odpowiednim programem.


Sporo poprzewracanych drzew zrobiło z naszej drogi tor przeszkód.


Czasami ścieżka znikała nam spod nóg ale mieliśmy przed sobą przewodnika.
Oto kilka ujęć bez komentarza, bo i tak mój opis zaczyna nabierać dłuuuuuuugich rozmiarów.😉


Jeśli ktoś chciałby pojeść mrożonych jagód, też mógł.🙂


Tak czasami można było zauważyć mróz.


Wspinaliśmy się coraz wyżej i wydawało by się, że przeszkody nigdy się nie skończą.





Trzeba było rozważnie stawiać każdy krok, szczególnie przy przekraczaniu drzew, aby nie wdepnąć w zaślepioną gałązkami i igliwiem dziurę.


Coraz wyżej i coraz ładniejsze widoki, np. na Skrzyczne, które odwiedziliśmy w zeszłym roku.


W końcu osiągnęliśmy cel naszej odkrywczej wyprawy. Co prawda miejsce gdzie zaczyna Biała Wisełka już ktoś odkrył i oznaczył to wielkim kamieniem, to jak dla mnie było to jedno z najładniejszych odkryć, bo chociaż byłem gdzieś w pobliżu przed laty, to na pewno nie tu.






Stąd już bez większych przeszkód wróciliśmy na szlak by dotrzeć na szczyt.
Po drodze zachwyciło nas jak przyroda potrafi zadbać o turystów.


Domyślam się, że ktoś pewnie specjalnie go tu zostawił, ale niech będzie, że to przyroda taka troskliwa, szkoda tylko, że niektórzy nie dbają o nią zostawiając po sobie śmieci. Dobrze, że piękne widoki jakoś to rekompensowały.



Tak, w oddali było widać Tatry o czym przekonaliśmy się na samym szczycie, do którego mieliśmy już ostatnie podejście.


Jak pisałem wcześniej, jestem przekonany, że byłem dawno temu na tym szczycie, ale jedno jest pewne, było tu więcej drzew.


Szczyt Barania Góra (1220m) zdobyty.


Wiało strasznie i szukaliśmy marnie miejsca by bezwietrznie odpocząć i chociaż napić się, niestety nic z tego. Pomimo wiatru nie mogliśmy się oprzeć pokusie by podziwiać widoki z wieży na której oczywiście wiało jeszcze bardziej.




Wiało paskudnie co możecie zauważyć przyglądając się mojej brodzie.😉


Stąd już w zaciszu lasu schodziliśmy do oddalonego o 3 km schroniska na Przysłopie.
Jeszcze jedno spojrzenie na Baranią.


Niesprzyjająca niska temperatura powodowała, że baterie w moim Garminie musiałem 3x wymieniać. W zapisie trasy z endomodo możecie zauważyć niezapisany ślad, ale w przygodzie Garmina nie trudno było odtworzyć trasę tak jak przebiega szlak.
Przepiękne jesienne widoki towarzyszyły nam cały dzień.


W schronisku na Przysłopie zasłużony odpoczynek i czas na posiłek.


Niestety bardzo rzadko zdarza się bym mógł skorzystać z oferowanej zupy, więc i tym razem musiałem wybrać co innego.


Zapełniłem żołądek jajkami sadzonymi z frytkami i sałatką. Też dobre.🙂
Miło spędzony czas na rozmowach trzeba było kończyć, ponieważ minimalnie 2 godziny potrzebujemy na zejście do Wisły. Wyruszyliśmy po 14:30 i przez Stecówkę zeszliśmy znowu do Wisły Czarne. Przemaszerowaliśmy tego dnia 20 km. Zakupione kije zdały egzamin, dokuczające od jakiegoś czasu kolano, szczególnie podczas schodzenia, dało radę.
Powrót asfaltową nie miał zlitowania nad moją nogą i nabawiłem się pęcherza na stopie. Mam nadzieję, że do kolejnej wycieczki za tydzień (na Pilsko) wyleczę rany.
Szczególne podziękowania dla Zlatki, która uwieczniała, być może przez innych nie zauważone, momenty. Oczywiście tylko kilka z nich znalazły się w tym poście.


Dziękuję wszystkim za mile spędzony dzień, a czytelników zachęcam do przyłączenia się do wycieczek w góry, zanim nadejdzie zima.
Gdybym chciał wrzucić wszystkie przepiękne zdjęcia, post dorósł by do olbrzymich rozmiarów.
Zdaję sobie sprawę, że są wśród czytelników osoby, które równie czynnie spędzają czas, co mnie bardzo cieszy. Mile widziane komentarze, w których możecie również opisać swoje przygody, jak również "ocena" stworzonej przeze mnie przygody Garmin, do której dodałem kilka zdjęć by lepiej oddać przebieg trasy.

Komentarze

  1. Cudowne widoki, fantastyczna wycieczka... Pozdrawiam ciepło

    OdpowiedzUsuń
  2. Masz nominację tutaj ooo własnie tu :) http://motyw-kobiety.miejsce-akcji.pl/2015/11/19/blogerskie-wynurzenia-czyli-liebster-blog-award-sprawdz-czy-zostales-nominowany/

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Twój komentarz jest dla mnie bardzo ważny. Dziękuję.

Popularne posty z tego bloga

6/2016 z cyklu: Ja i mój rower. Przez Suchy na Łączkę i Filipkę

T O N I      N A P I S A Ł
z cyklu: Ja i mój rower
Gdyby nie wczorajsza 2 zmiana i powrót do domu przed północą, pewnie wybrałbym się w trasę, którą planuję już od kwietnia. Tydzień temu nawet rzuciłem hasło na fb, ale nie wypaliła pogoda.
Dobra, zdradzę wam sekret z posta 4/2016.😉Chodzi o drugie podejście na Girovą i odnalezienie dwóch jaskiń.
Wtedy już mi zabrakło sił, więc teraz w planie mam podjazd pociągiem do Mostów u Jabłonkowa, a potem przez Studeničny. Pewnie nie lekka trasa, ale obiecałem sobie.

Dziś pospałem więc plan trza odłożyć, ale czasu wystarczająco na to by odwiedzić Łączkę. Tym bardziej, że pewna znajoma podsunęła mi informację, że podobno można też z Bystrzycy Suchy.
Okolicę częściowo znam z pracy, ale tylko do ostatniego przystanku.

Czantoria. Pochodzenie i otaczające ją legendy.

T O N I      N A P I S A Ł
Jadąc kiedyś do pracy kupiłem sobie gazetę, tygodnik naszego regionu.
Pomyślałem sobie, że jak będzie dobra robota na cnc to będzie czas poczytać co w trawie piszczy. Tylko nie mówcie majstrowi.😀

Czas rzeczywiście miałem, chwilami, kiedy program zadbał o to bym na chwile usiadł.
Poza informacjami z regionu z wielką uwagą przeczytałem artykuł o Czantorii i o tym skąd właściwie pochodzi jej nazwa.
Jak wiecie, Czantorię widzę, o ile nie ma mgły, codziennie z okna czy jak wyjdę z domu. Tym bardziej zainteresował mnie ten temat.

C6H5-NH-C2H5

T O N I      N A P I S A Ł
C6H5-NH-C2H5 wygląda jak jakiś kod aktywacyjny.
Zamieściła go dziś na fb moja dobra (wirtualna) koleżanka, a że do chemii było mi zawsze daleko, więc nie miałem nawet pojęcia o co chodzi.
Jak się okazało jest to chemiczny wzór miłości.