czwartek, 1 października 2015

Z pamiętnika autostopowicza


Był lipiec 2000. Lato i nuda spowodowana dużą ilością wolnego czasu, ponieważ z przyczyn takich a nie innych byłem chwilowo bez pracy.
Postanowiłem wybrać się na pewien obóz, na którym wiedziałem, że przebywają znajomi.
Wybrałem się na stopa!

Nie wiem czy był ktoś kto mi tego nie odradzał. Powody?
- niebezpiecznie
- ciężko
- nie zatrzymają się
...itp. Jak się okazało, było bardzo fajnie i długo będę pamiętał. Jeśli nie, to pamiętnik mi o tym przypomni.
Ruszyłem wcześnie rano w środę. Autobusami dotarłem na wyznaczone miejsce, które obrałem jako start: Tarnowskie Góry – Osada Jana, bo tu „bierze” kierunek Poznań.
Długo nie czekałem, może 20 minut. kiedy zatrzymał się Star, do Tworoga. Potem ok. 30 minut czekania i furgonetka Kia dowiozła mnie do Lublińca.
Tam musiałem przedeptać przez całe miasto, by znaleźć się na wylocie w kierunku Poznania. bo taką obrałem strategię. Tu również po niedługim czasie dorwałem Peugeota Partnera.
Niezły wóz, 1,4 benzyna, dość zrywny, spoko jazda! Już od jakiegoś czasu podobają mi się Peugeoty np. 406-ka albo 406 Coupe! Może kiedyś sobie kupię.

Jazda Peugeotem skończyła się w, wydawało by się, dobrze usytuowanym miejscu w Kluczborku (4 km do centrum). Stałem tam, a później nawet siedziałem, ponad 2 godziny. Jakoś dziwnie jeździło mało aut! Pustkowie, pola, wydmuchowisko, można by rzec, że ani żywej duszy gdyby nie 4 osoby, które przeszły w tym czasie. Dobrze, że nie padało, ale za to wiało! Noo... czasami porządnie zaświeciło słońce i było ciepło.
W końcu zlitował się gość w ciężarowym Man-ie z przyczepą. Zauważyłem go przed skrzyżowaniem, kiedy wyskakiwała z niego autostopowiczka. Widząc to byłem pełen nadziei, że zajmę jej miejsce. Tak też się stało.
Można by zaryzykować stwierdzenie, że opłacało się czekać bo przejechałem kawał drogi aż do Poznania. Jechaliśmy dość długo, bo ze 4 godziny, no cóż maksymalna prędkość to 80-tka i to przy wyprzedzaniu. Pod koniec drogi, w Jarocinie, podawałem papierosa kierowcy TIRa, który podjechał obok na wyciągnięcie ręki. Porozumieli się przed chwilą przez radio CB. Fajna rzecz.

Miałem za sobą 2/3 drogi ale wysiadłem na początku Poznania, co było dużym minusem, bo miasto duże, a wg mojej strategii (chyba nie tylko mojej) najlepszym miejscem jest wylot z miasta.
Było już po 16-tej. Próbowałem łapać tu przy IKEA i M1, ale bezskutecznie więc postanowiłem poszukać jakiegoś autobusu. Doszedłem na przystanek i zapytałem o możliwy dojazd do Centrum i okazało się, że za niecałe 5 minut jechał bezpłatny autobus.
Tam znowu zasięgając „języka” wsiadłem w tramwaj i dojechałem do miejsca chyba najbliższego ul. Obornickiej czyli tej w kierunku Piły.
Pomyślałem kiepskie miejsce do zatrzymywania, ale zacząłem. Tym razem zatrzymał się osobowy po ok. 30 minutach. Polonez z 91 roku grzał dość dobrze, bo kierowca młody, a poldek na gaz.
Dowiózł mnie do Obornik Wlkp. i tam po wielu nieudanych próbach, przez ponad pół godziny, poszedłem w kierunku dworca PKP, bo była już godzina 19-ta. Zdecydowałem, że jeśli będzie jakiś pociąg to pal licho, podjadę do jakiegoś „rozsądnego” miejsca. Tak chyba miało być, bo za 15 minut przyjechał pośpieszny do Szczecinka. 136 km w plusie, ale za 24 złote! No cóż poddałem się, ale byłem po prostu zmęczony. Od ok. 21-wszej utknąłem tu do rana. Najbliższy pociąg o 6-tej.
Też dobrze, bo pokusiłbym się pewnie na dalszą podróż pociągiem, a to przecież kosztuje.

Zastała mnie noc.
Na dworcu męczyłem się do 1 w nocy, o spaniu tu nie ma mowy więc trza coś wymyślić.
Skorzystałem z pomysłu kierowcy Poloneza i poszukałem otwartej klatki schodowej w pobliskich blokach. Najlepsze były by wieżowce, ale takich tu nie widziałem. Wieżowiec ma ten plus, że ludzie jeżdżą windą, a schody, te na wyższych piętrach, są mało, albo nawet wcale nie używane.
Położyłem się w 4-ro piętrowym bloku na najbliższym półpiętrze. Porządnie zmęczony usnąłem twardo ale najwyżej 1,5 godziny, bo bądź co bądź,  jednak trochę niepewnie.
Nie przypominam sobie czy mnie coś obudziło czy po prostu tyle snu mi wystarczyło.

Drugi dzień.
Czwartek, ok. 3 nad ranem poszedłem na wylot – kierunek Czaplinek. Czekałem około godziny, dwa razy mijała mnie Policja, ale nie interesowali się zbytnio moją osobą.
Dłużyło mi się okropnie, na dodatek padało, albo raczej siąpiło. Ciemno, na drogach pustki... chociaż?... trochę aut się pojawia, ale nie wszystkie w moim kierunku.
Założyłem świeżo kupioną kurtkę przeciwdeszczową. Tak, czuć ją było nowością – plastikiem. Taką sama miałem w pracy i byłem zadowolony, więc szukałem takiej w sklepach. W przeddzień wyjazdu znalazłem w Praktikerze za jedyne 27 złotych! Taniocha! Za Alpinusa musiałbym dać co najmniej 100-wę ...noo.. więcej.

Od czasu do czasu „pomachałem” jakiemuś samochodowi, aż w końcu zatrzymał się mi Jelcz z przyczepą. Spoko gość, było jeszcze ciemno! Teraz sobie myślę, to tak miało być. Wstałem wcześnie, bo... jechał po mnie samochód.
Dojechałem do Czaplinka, tam wyskoczyłem za wyrzucona karimatą, założyłem plecak, na drogowskazie upewniłem się czy obrałem właściwy kierunek do Złocieńca i... zobaczyłem nadjeżdżającego Escorta. Pomachałem i... nie do wiary! Zatrzymał się.
Jechali z powrotem do Złocieńca, bo odwozili kumpla na pociąg. Ich kumpel z jakiegoś powodu musiał wcześniej zakończyć wypoczynek. Pusta droga, młodzi ludzie, ciężka noga więc dobra jazda do znanego mi miasta.
To, że byłem już tu, natchnęło mnie nadzieją, bo młoda godzina, było ok. 5-tej, a ja mam prawie koniec podróży. Można powiedzieć, że zapomniałem o trudach podróży w poprzednim dniu i poszedłem żywo, najkrócej jak umiałem, na wylot do Lubieszewa.
Stanąłem przy cmentarzu na jakieś 45 minut. Miasto jeszcze spało, ale powoli budziło się do życia.
Zaczęli się pojawiać ludzie, auta, a tuż przed 6-tą autobusy w obydwu kierunkach. Nie skorzystałem, bo byłem optymistycznie nastawiony... a po drugie, za dużo już kosztów jak na tę podróż.

Chwilę później nadjechał Jelcz, taki co wywozi szambo. Pomachałem, zatrzymał się,
skoczyłem po bagaż nie pytając nawet gdzie jedzie, no bo gdzie? Ta droga prowadzi tylko do Lubieszewa i to przez jedną tylko wieś. Okazało się, że jedzie co nieco ściągnąć dokładnie z miejsca do którego zmierzałem. To się nazywa szczęście! To był koniec mojej podróży. Prawie wszyscy jeszcze spali, była dopiero 6:30.

Powrót.
Zatrzymałem się tu do niedzieli.
Ok. 11:30 ktoś wyjeżdżał i udało mi się złapać transport do Poznania - bomba! To jest 1/3 drogi!
Auto - Opel Astra, w którym od razu chyba zmorzył mnie sen, a gdy w pewnym momencie przebudziłem się, usłyszałem: - „Witamy wśród żywych!” ale to nie był koniec snu, miałem za sobą nieprzespaną noc. Byli tacy dobrzy, że dowieźli mnie tam gdzie chciałem, koło IKEI. Stamtąd podeptałem ok. 1 km na bardziej odpowiednie miejsce, a zanim zacząłem machać, usiadłem na schodach mijanego mostu i zjadłem resztę prowiantu.
Uświadomiłem sobie, że podróż w niedzielę to nie do końca dobry pomysł, bo przez weekendy nie jeżdżą ciężarowe, a to przecież one najczęściej się zatrzymują. Przy drodze spędziłem chyba ponad godzinę. Dobrze, że nie padało, grzało słońce i to dość porządnie.
Ze zmęczenia, głównie ciągle wystawionej ręki, bo samochodów jechało mnóstwo - usiadłem. Wykorzystałem jedyną kartkę odpowiedniego formatu i napisałem: „KATOWICE”.
Nie liczyłem na auto do celu ale miałem nadzieję, że zrozumieją, że to kierunek.

Siedziałem na kamieniu, trzymałem kartkę i przyglądałem się kierowcom, którzy aż pochylali się by przeczytać co tam napisane. Kiedy przejechali nie zwracałem dalszej uwagi, aż usłyszałem za sobą dźwięk klaksonu. Zareagował kierowca Citroena BX do Częstochowy.
Do Częstochowy ale nie jechałem, bo mi nie po drodze. Wysiądę gdzieś wcześniej.
Wybór padł na Olesno Śląskie, w którym byłem przed 21-wszą.
Byłbym dużo wcześniej gdyby nie tak liczne przerwy. Kierowca gdy tylko widział jakiś auto-salon to zatrzymywał się i rozglądał się za jakimś busem. Za każdym razem, dla bezpieczeństwa, musiałem wysiadać. Mijaliśmy po drodze dworzec PKP w Oleśnie Śl., ale zdecydowałem, że pomimo tej godziny będę dalej próbował na stopa.
Zacząłem od napisania na odwrocie tej samej kartki: „BYTOM” i pomogło po 15 minutach. Kiedy usłyszałem za sobą klakson, odwróciłem się i zobaczyłem Passata z rejestracją „SY”, zauważyłem rejestrację jak przejeżdżał, a teraz wracał po mnie. Podbiegłem i... do Bytomia, zgodnie z rejestracją.

Tu znowu opanowała mnie senność. Sporo przespałem ale wjeżdżając do Bytomia już z nim walczyłem. Dowieźli mnie do dworca.
Wcześniej nie patrzyłem za często na zegarek, a teraz ucieszyłem się, bo okazało się, że mam 3 minuty do odjazdu autobusu. Jechałem na gapę, 22:13 - liczyłem na brak kontroli o tej porze.
W domu przed 23-cią i od razu spać. Wykończony nie tylko podróżą wstałem następnego dnia dopiero o 12:30.

4 komentarze:

  1. Masz Ty odwagę i żyłkę hazardzisty, bez dwóch zdań )))

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie wiem czy to dobry pomysł w dzisiejszych czasach na podróżowanie stopem...może kiedyś było inaczej ...teraz taki sposób podróżowania mógłby się wiązać z dużym ryzykiem niż wtedy...byłeś odważny i nadal jesteś :-D

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja wiem czy to odwaga? Do hazardu nigdy nie miałem pociągu, ale owszem przygody lubię.
    Nie sądzę, że dziś jest większe ryzyko. Śmiało wybrałbym się na stopa znowu ale zabrałbym z sobą jakąś ładną kobietę, było by łatwiej zatrzymać jakiś samochód :D

    OdpowiedzUsuń
  4. No tak we dwoje raźniej ale kobieta w pojedynkę podwójne ryzyko :-D

    OdpowiedzUsuń

Twój komentarz jest dla mnie bardzo ważny. Dziękuję.