Dwudniowy wypad w góry ostatecznie się udał, choć trochę później musieliśmy zmienić pierwotny plan. A to tylko dlatego, że w końcu nabrałem rozumu. Nie mam pojęcia skąd😂, ale dopasowałem trasę do możliwości fizycznych całej naszej trójki. Zaczęliśmy w Nydku a pierwszy zapisany szczyt to ⛰️Mały Stożek (837 m).
Po drodze podziwialiśmy historię. Ten budynek jest z roku 1923.
Stary kolejowy wiadukt z lat 1931-1933.
Osada Kobyla.
Pomnik Adolfa Pilcha, jednego z 316 cichociemnych.
Następnie przyszła kolej na szczyt⛰️Kozińce (775 m) obok opuszczonego starego domu wczasowego Bruclik.
Schodząc z powrotem na drogę niespodziewanie ujrzeliśmy skałę, na której się ten szczyt znajduje.
Kawałek dalej cały szczyt jak na dłoni.
Prognoza pogody od początku straszyła burzami i ulewami, ale na szczęście nic z tego się nie wydarzyło. Za to powietrze było ciężkie i duszne. Mimo to pierwszą przerwę zrobiliśmy dopiero po trzech godzinach marszu🥵. Kiedy człowiek złapie tempo, czas po prostu się nie liczy.
Szczyt ⛰️Głębiec (825 m) nie zaoferował nam nic poza przyrodą. Oczywiście szukaliśmy kamienia lub słupka szczytowego, ale bez powodzenia. Na poprzednim również niczego nie znaleźliśmy, choć według zdjęć na portalu Hory.app gdzieś tam był.
Kolejny szczyt ⛰️Zadni Groń (727 m) znajduje się w lesie tuż obok prezydenckiego zamku.
Niespodziewanie i tutaj dopadło mnie moje zboczenie zawodowe — czerwony autobus rzucił mi się w oczy szybciej niż przed chwilą szczyt🤣.
Dość spora część naszej trasy prowadziła po drogach asfaltowych, wyłożonych płytami lub jakoś utwardzonych. Ale w Wiśle przynajmniej wynagrodziliśmy sobie ten trud złotym trunkiem i dodaliśmy motywacji na drugą połowę trasy - kolejne 13 kilometrów bez żadnej możliwości posilenia się.Za to dzięki otaczającym nas panoramom przestawaliśmy myśleć o tym, że w innym terenie szłoby się znacznie lżej.
Powoli zbliżaliśmy się do terytorium Przysłupka i Przypiórki. Co właściwie porabiają skrzaty w lesie? Tego na razie nie wiem, ale na pewno nie jedzą jagód — było ich tyle, że aż spowalniały naszą wędrówkę.
W zeszłym roku odkryty i zgłoszony autorom szczyt ⛰️Czarny (948 m) tym razem wyglądał zupełnie inaczej niż podczas jesiennej wizyty. Tuż przed nim zaciekawił nas napis na drzewie, zwłaszcza to, jak lata potrafią z czegoś tak mało oryginalnego zrobić małe dzieło.
Szczyt ⛰️Przypiór (1007 m), od którego nazwy pochodzi imię skrzacicy, poza tym był po prostu zwykłym, może nawet nieco nieciekawym wierzchołkiem. Jak bardzo jest związana z tym miejscem, dopiero się przekonamy😊.
Nie wiem, jakie macie doświadczenia z planowaniem dłuższych tras w Polsce na mapy.com, ale to nie pierwszy raz, kiedy mapa pokazuje „26 km”. Wy macie w nogach 21 km — a tu nagle jeszcze 8 przed wami? 😲 Chyba matematyka działa tu trochę inaczej. To był moment, kiedy skróciliśmy trasę tyle, ile się dało, przechodząc po drodze przez ostatni dziś szczyt, który podpowiedział mi imię dla skrzata.
⛰️ Przysłup (1029 m). Tak samo jak poprzedni okazał się zwykłym, mniej ciekawym wierzchołkiem, na którym nawet nie znaleźliśmy żadnego oznaczenia.
W zamian kolejne mnóstwo jagód😍.
Te jagodowe oczy patrzyły tak przekonująco, że przez chwilę wierzyłem, iż to skrzat w przebraniu😁.
W schronisku Przysłop pod Baranią Górą poznałem moich nowych „chrześniaków”. Czekały na mnie na kominku. Wiedziały, że przyjdę.
Pragnienie było ogromne, wiadomo😉, ale zostawiłem sobie miejsce na świetne wegańskie jedzenie.
Coraz częściej w górskich schroniskach pamiętają także o tych, którzy mięsa nie jedzą. Choć, jak dobrze wiecie, wciąż są miejsca, gdzie muszę zadowolić się mniej lubianym smażonym serem z frytkami.
Atmosfera była przyjemna, schronisko pełne po ostatnie łóżko. Spaliśmy w największym, jedenastoosobowym pokoju. Chrapał ktoś? Nie wiem, bo spałem😂. Nieee no, według zasięgniętych informacji nikt nie chrapał i wszyscy wyspali się jak należy🤩. Po śniadaniu i kolejnych „pogaduchach ze skrzatami”, ruszyliśmy w kierunku domu.
Głównym celem było Górobranie, więc oczywiście nie wybraliśmy najkrótszej trasy.
Jedna ze współwędrujących była niegórozbieraczką, ale tak samo wyrozumiałą jak dzień wcześniej, więc bez problemu zbieraliśmy kolejne punkty, zapisując wizyty na szczytach.
⛰️Wierch Równiański (1160 m)
⛰️Wierch Wisełka (1192 m)
Wejście od schroniska w kierunku Baraniej Góry to żaden lekki spacerek, ale czym bliżej tym lepiej.
Nie mogłem się napatrzeć na te widoki i musiałem je uwiecznić na "cztery strony świata".
Ktoś mógłby zapytać, czy z Nydku widać Baranią Górę.
Pewnie tak, skoro z przeciwnego kierunku widziałem moje ulubione szczyty: Soszów i Czantorię.
Jak pewnie wiecie, ⛰️Barania Góra (1220 m) to drugi najwyższy szczyt Beskidu Śląskiego, a jeśli chodzi o pogodę, jest równie kapryśna jak ich królowa Babia Góra. Aplikacje często pokazują coś zupełnie innego niż to, co dzieje się tam naprawdę. Mimo wszystko poranek wyglądał obiecująco, więc zrealizowaliśmy wczorajszy niezrealizowany plan - skręt do źródła Białej Wisełki.
Po drodze jeszcze par świetnych widoków.
U źródła Wisły byłem ostatnio (i po raz pierwszy) dziesięć lat temu z kolegą z Wisły, przewodnikiem.
Od tamtej pory fakty trochę mi się pomieszały i połączyłem dwa miejsca w jedno: Wantule z pamiątkowym kamieniem i źródło Wisły. To nie to samo, co potwierdza napis „nad źródłem Wisły”, a tym samym nie dotrzymałem obietnicy, że napijemy się z tego źródła🤭.
Nooo nie szkodzi (mam nadzieję😉), znaczenie tych miejsc dla mnie wciąż jest ogromne — zajmują wielką przestrzeń w moim sercu.
Ścieżka do tego miejsca odbija niepozornie od niebieskiego szlaku, a mapa twierdziła, że to tylko 300 metrów😁.
Po powrocie na szlak zdobywaliśmy kolejne szczyty, choć w kwestii Magurki Wiślańskiej ludzie od znaków najwyraźniej mają własne zdanie na temat tego, gdzie powinna być. Jedno jest pewne: w tym miejscu aplikacja nie pozwoliła jej zapisać.
⛰️Magurka Wiślańska (1140 m) - to właściwe miejsce o kilkadziesiąt metrów dalej.
Kolejne widoki gdzieś pomiędzy Magurką Wiślańską a Gawlasi.
Robiąc przerwę na posiłek, usiedliśmy na skale, z której teoretycznie można już było zapisać następny szczyt.
Szczyt ⛰️Gawlasi (1076 m) znajduje się kilkanaście metrów dalej, tuż przed skrętem na żółty szlak. W tej okolicy mam już prawie wszystko na żółto. Wczoraj „zażółciłem” Kozińce i Głębiec, a dziś przyszła kolej na ostatnie brakujące trzy szczyty Cienkowa.
⛰️Cienków Wyżni (957 m) znajduje się tuż przy szutrowej drodze, przez co nie jest zbyt atrakcyjny, przynajmniej ma na drzewie swoje oznaczenie.
Grzbiet Baraniej ledwo widoczny przez drzewa.
Kawałek niżej, w Chatce na Wyśnim, czas na kolejną przerwę☺️.
⛰️Cienków Postrzedni (865 m) — tu widoki już się poprawiają.
Ostatniego z trójcy - Cienków Niżni - spodziewałem się przy słynnej ławeczce, ulubionym miejscu na wschody i zachody słońca, ale właściwy szczyt leży 400 metrów dalej. Już podczas planowania wycieczki zwróciły moją uwagę ich nazwy: Wyżni, Postrzedni, Niżni. Nie brzmią zupełnie po polsku. Początkowo przypominały mi czeski, ale po zastanowieniu się są bardziej słowackie, bo tam używa się prawie identycznych określeń.
Punkt widokowy zaoferował nam tym razem inną scenerię - z daleka widzieliśmy nadchodzący deszcz, a wraz z nim silny wiatr i burzę.
Dobrze, że mieliśmy akurat w planie przerwę na posiłek w Ranczo Cienków, bo to był idealny moment, żeby zmienić trasę. Rodzina koleżanki mieszka niedaleko, więc jeszcze zdążyliśmy zapisać ten ostatni szczyt, zanim jej brat zabrał nas autem i skrócił drogę o 14 kilometrów.
⛰️Cienków Niżni (720 m) — mało ciekawy, ale plan spełniony. W najbliższej okolicy mam już wszystko żółte💪🤩.
Brat koleżanki nas podrzucił aż na Mały Stożek, z którego schodząc zobaczyliśmy, co tu ten ulewny deszcz nawyrabiał - ścieżka była jeszcze mokra, wypłukana z liści, a podmyte drzewo wyglądało tak, jakby miało zaraz runąć. Dobrze, że udało nam się tego uniknąć.
Mój wierny góroPrius, którego nigdy nie nudzi czekanie, był najlepszym zakończeniem tego wypadu — oszczędził nam 6 kilometrów do centrum Nydku.
Łącznie przeszliśmy 40 kilometrów, zdobyliśmy 15 szczytów, z czego 5 po raz pierwszy. Na tę wycieczkę to w zupełności wystarczyło💪😀.
Głównym celem tej wyprawy nie były tylko szczyty, ale też skrzat ze skrzatową😍 - dwóch małych strażników gór, którzy zawsze mają swoje plany, ale człowiek może ich spotkać w miejscach, gdzie najmniej by się ich spodziewał. A co Przysłupek i Przypiórka planują dalej? Jak potoczą się ich historie? Tego, mam nadzieję, dowiemy się w kolejnych opowieściach ze schroniska.
Podgląd tras:




0 Komentarze
Twój komentarz jest dla mnie bardzo ważny. Dziękuję.