Przejdź do głównej zawartości

Bieda aż piszczała

T O N I      N A P I S A Ł

Opowiem wam historię. Wydarzyła się na prawdę w latach kiedy jeszcze niewiele wiedziałem o życiu. Miałem kolegę, z sąsiedniego podwórka, który podobnie jak ja wychowywał się bez ojca.
Gdzie się podział nie wiem, bo nigdy nie widziałem w tym domu żadnego mężczyzny.
Odkąd zamieszkali sami ich mama robiła wszystko co mogła by zapewnić im coś do jedzenia.
Do szkoły chodził codziennie w tych samych rzeczach, ale zawsze czystych i wyprasowanych.
Większość dzieci jeździła autobusem, ale on z braku środków maszerował kilometr pieszo.
Może was zdziwi jak dużo o tej rodzinie wiem, ale kiedy patrzę na to po latach, stwierdzam, że dzieci są bardziej ufne i prędzej komuś coś opowiedzą niż teraz my dorośli.
Często kiedy bawiliśmy się na podwórku, biegając po łąkach i lasach, opowiadał mi przeżycia z poprzedniego dnia.

Mało tego, że nie mieli pieniędzy na jedzenie to jeszcze były to czasy kiedy podstawowe artykuły spożywcze były na kartki. Ich mama straciła możliwość nabycia kartek w momencie utraty pracy.
Pamiętam, że dobre koleżanki odstępowały część swoich, by mogli zakupić to czego potrzebowali.
Na szczęście nie była bez pracy ciągle. Była to dobra mama, nigdy nie widziałem by chodziła pijana, albo żeby na nich wrzeszczała z byle powodu.
Mimo wszystko brakowało. Podobno były takie momenty, że zasłabł z głodu.
Kiedy nie było już co do garnka włożyć szli w dzień na spacer tam gdzie były pola i zasadzone ziemniaki. Potem pod osłoną późnej nocy szli i wykopywali do torby.
Pytałem jak? Skąd wzięliście do tego narzędzia? Przecie w bloku nie ma się takich rzeczy.
W odpowiedzi usłyszałem, że rękami, gołymi rękami.
Opowiadał jak miał serce na ramieniu kiedy niedaleko usłyszał, że ktoś idzie.
Nie mogę sobie wyobrazić siebie w takiej sytuacji, to by nie było na moje nerwy.
Nie wiem jak bym się zachował w sytuacji właściciela tego pola. Podobno nie kopali dużo, tylko tyle by wytrzymać jakoś do kolejnej wypłaty.

Sytuacja powtarzała się chyba co miesiąc, nie wiem.
Raz ze śmiechem opowiadał jak przynieśli do domu, zadowoleni, pełną torbę, a tam okazało się, że zamiast ziemniaków to były buraki pastewne. Źle trafili po ciemku na wcześniej obrane miejsce.
Twarde, nie da się tego podobno ugotować. Myślicie, że wyrzucili? W życiu!
Gotowali tak długo, aż zmiękły do tego stopnia, że dało się pogryźć.

Ziemniaki nie rosną cały rok, a jeść trzeba.
Chyba największym szokiem było dla mnie kiedy opowiadał jak był kieszonkowcem.
Zaledwie kilka razy aż do momentu kiedy w jakimś dużym sklepie złapali jego mamę. Stał wtedy za rogiem płacząc, bo nie wiedział co teraz. Zabiorą mu mamę na milicję i jak on teraz wróci do domu?
Chyba ją wtedy puścili, bo do domu wrócił.
Zawsze byłem przeciwko kradzieży i takim to najchętniej ręce bym obcinał , ale kiedy sobie przypominam, jak opowiadał, że po dobrych połowach kupowali pełne siatki pożywienia i w domu była potem uczta, to nie potrafię potępiać takiego człowieka.
Chyba jednak jest różnica kiedy kradnie się z głodu, a nie dla zysku.

Pamiętam opowiadał, jak pewnego dnia wybrał się na drugi koniec dzielnicy, gdzie było mało prawdopodobne, że go ktoś pozna. Jego mama była akurat w pracy, ale on był głodny.
Długo chodził koło sklepu spożywczego zanim stwierdził, że teren czysty.
Obszedł spokojnie sklep, wybrał tylko trzy małe bułki. Podszedł do kasy, a kiedy sprzedawca był za ladą nagle rzucił się do ucieczki.
Sprzedawca wybiegł za nim krzycząc coś za nim, ale załapać go nie miał szans.
Z daleka usłyszał tylko wołanie sprzedawcy: "Mogłeś poprosić, a nie kraść!"
Pomyślał: "Taaak, na pewno by mi oddał za darmo. W życiu nikt nikomu za darmo nic nie da".

Kiedyś spotkałem go na przystanku. Zastanowiło mnie co tu robi, bo autobus właśnie odjechał.
Ze spuszczoną głową odpowiedział, że zbiera niedopałki, które porzucili ludzie wsiadający do autobusu. Jego mama była nałogową palaczką, a to też kosztowało sporo i z tego co pamiętam również na kartki. Pamiętam jak się wściekał, że musi to robić. Twierdził, że to takie poniżające, ale mama kazała! To już wolał chodzić do pobliskiego lasku i butelki zbierać.

Nie pamiętam ile lat to trwało.
Wiem, że mieli babcię, do której często jeździli, ona do nich tylko czasami.
Podobno nie wiedziała o ich biedzie. Mama im zabroniła o tym mówić. Twierdziła, że to wyłącznie ich problem, a co się dzieje w domu - w domu zostaje.
Unosiła się dumą, ponieważ kiedy wychodziła za mąż za jego ojca wbrew zdaniu swoich rodziców, ojciec jego mamy powiedział: "Jak będziesz nieszczęśliwa to mnie o pomoc nie proś".
Teraz chciała udowodnić, że sama się postara o siebie i o swoje dzieci.
Zawsze mi powtarzał: "Tylko nikomu nie mów!"

Dałem słowo. Teraz się zastanawiam czy pisząc o nim nie złamałem danego słowa.
Nikt go nie zna, nawet ja nie wiem co się z nim stało. Wyprowadzili się kilka lat później do innego miasta.
Po latach dowiedziałem się, że jak dorósł to zaraz po szkole zawodowej szedł do pracy, by mógł wreszcie żyć jak człowiek. Chyba nawet kilka razy widziałem go w samochodzie. Wygląda na to, że zaczęło mu się powodzić. Ciekaw jestem jak żyje teraz, czy jego przeżycia z dzieciństwa mają na jego życie wpływ. Czy nie pozostawiły na nim piętna?

Tym razem nie spodziewam się komentarzy pod tym postem, ponieważ ja sam nie wiem co bym napisał.
Zadziwiające jest to, że od tamtych czasów zawsze potrafiłem słuchać. Zabrzmi to małoskromnie, ale jest coś we mnie takiego, że ludzie mi się zwierzają. Wygląda na to, że już od szkoły podstawowej miałem ten dar.
Kiedyś przyszedł z płaczem. Jego mama w chwili słabości przyznała się, że chciała skończyć z tym życiem za pomocą tabletek. Najpierw oni, potem ona. Mimo wszystko jakiś impuls, może jakaś osoba ją od tego odciągnęła. Powiedziała im o tym dlatego, by im udowodnić jak bardzo ich kocha i nic złego im nie grozi.
Pamiętam jego mamę doskonale. Uśmiechnięta i miła kobieta, która potrafiła się z nami bawić.
Nawet nasze mamy się znały. Czasami chodziłem do niego, zabierałem swoje zabawki, gry i bawiliśmy się tak długo aż do momentu kiedy trzeba było iść spać.
Co ja mu mogłem dać? Miałem zaledwie 8-9 lat. Sam nie miałem kieszonkowego, bo i w naszej rodzinie nie było bogactwa.

Komentarze

  1. Dotknąłeś bardzo trudnego tematu. Właściwie dwóch. Po pierwsze co robi z nami pusty brzuch, po drugie jak błędy dorosłych odbijają się na dzieciach. Takie doświadczenia, zostają do końca życia z nami. Nie da się później tego wymazać, ani zapomnieć. Z całych sił wierzę, że ten mały chłopiec wyszedł na prostą. Pozdrawiam ciepło

    OdpowiedzUsuń
  2. Smutna historia...i pewnie jest takich wiele...pomimo że świat idzie do przodu bieda była jest i będzie

    OdpowiedzUsuń
  3. Bieda nie krzyczy i się nie upomina...Ta prawdziwa bieda, nie "wydumana"...

    Słowa nie złamałeś...Po prostu, pozostawiłeś ślad po tym Chłopaku...;o)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Twój komentarz jest dla mnie bardzo ważny. Dziękuję.

Popularne posty z tego bloga

6/2016 z cyklu: Ja i mój rower. Przez Suchy na Łączkę i Filipkę

T O N I      N A P I S A Ł
z cyklu: Ja i mój rower
Gdyby nie wczorajsza 2 zmiana i powrót do domu przed północą, pewnie wybrałbym się w trasę, którą planuję już od kwietnia. Tydzień temu nawet rzuciłem hasło na fb, ale nie wypaliła pogoda.
Dobra, zdradzę wam sekret z posta 4/2016.😉Chodzi o drugie podejście na Girovą i odnalezienie dwóch jaskiń.
Wtedy już mi zabrakło sił, więc teraz w planie mam podjazd pociągiem do Mostów u Jabłonkowa, a potem przez Studeničny. Pewnie nie lekka trasa, ale obiecałem sobie.

Dziś pospałem więc plan trza odłożyć, ale czasu wystarczająco na to by odwiedzić Łączkę. Tym bardziej, że pewna znajoma podsunęła mi informację, że podobno można też z Bystrzycy Suchy.
Okolicę częściowo znam z pracy, ale tylko do ostatniego przystanku.

Czantoria. Pochodzenie i otaczające ją legendy.

T O N I      N A P I S A Ł
Jadąc kiedyś do pracy kupiłem sobie gazetę, tygodnik naszego regionu.
Pomyślałem sobie, że jak będzie dobra robota na cnc to będzie czas poczytać co w trawie piszczy. Tylko nie mówcie majstrowi.😀

Czas rzeczywiście miałem, chwilami, kiedy program zadbał o to bym na chwile usiadł.
Poza informacjami z regionu z wielką uwagą przeczytałem artykuł o Czantorii i o tym skąd właściwie pochodzi jej nazwa.
Jak wiecie, Czantorię widzę, o ile nie ma mgły, codziennie z okna czy jak wyjdę z domu. Tym bardziej zainteresował mnie ten temat.

C6H5-NH-C2H5

T O N I      N A P I S A Ł
C6H5-NH-C2H5 wygląda jak jakiś kod aktywacyjny.
Zamieściła go dziś na fb moja dobra (wirtualna) koleżanka, a że do chemii było mi zawsze daleko, więc nie miałem nawet pojęcia o co chodzi.
Jak się okazało jest to chemiczny wzór miłości.