środa, 14 stycznia 2015

Czantoria. Pochodzenie i otaczające ją legendy.


Jadąc kiedyś do pracy kupiłem sobie gazetę, tygodnik naszego regionu.
Pomyślałem sobie, że jak będzie dobra robota na cnc to będzie czas poczytać co w trawie piszczy. Tylko nie mówcie majstrowi :D

Czas rzeczywiście miałem, chwilami kiedy program zadbał o to bym na chwile usiadł.
Poza informacjami z regionu z wielką uwagą przeczytałem artykuł o Czantorii i o tym skąd właściwie pochodzi jej nazwa.
Jak wiecie, Czantorię widzę, o ile nie ma mgły, codziennie z okna czy jak wyjdę z domu. Tym bardziej zainteresował mnie ten temat.

Temat nie mój, ale to chyba nie będzie nikomu przeszkadzać, bo jak widać nie jestem pierwszym ani ostatnim, który spróbuje coś na ten temat napisać.
Mój post będzie o tyle wyjątkowy, że siądę nad gazetą i główkując będę tłumaczył z czeskiego po to by wyciągnąć jak najwięcej interesujących kwestii.

Od Tatarów czy rośliny?
Najbardziej interesującą informacją o pochodzeniu nazwy dla mnie jest wzmianka o Tatarach.
Wzmianka o leczniczej roślinie o nazwie "centuria zwyczajna", która kiedyś bujnie porastała zbocza góry i była często wykorzystywana przez ludową medycynę. Stąd również wywodzi się teoria ponieważ roślina zwana jest również Czantoryjką.
Inne źródła podają, że roślina nosi nazwę tysięcznik, który w ludowym nazewnictwie nosi nazwę czantoryjki, ale to pytanie do zielarzy. Była stosowana w medycynie ludowej na dolegliwości żołądkowe, choroby wątroby i nerek.

Jeśli o mnie chodzi, podoba mi się i wydaje mi się najwięcej prawdopodobne pochodzenie od Tatarów, a roślinka otrzymała nazwę właśnie od góry pod która rośnie.

Czyngis - Chan
Według legendy, w czasie najazdu tatarskiego w XIII w., na szczycie góry miało być stanowisko dowodzenia Czyngis - Chana.
Syn Czyngis - Chana, oblegający ze swoim tabunem gród cieszyński, został zwiedziony podjazdem i zginął w rozlewiskach Bobrówki.
W odwecie Czyngis - Chan wyrżnął wszystkich mieszkańców położonej u stóp góry wioski a zwłoki spalił.
Skrybowie, posługujący się wówczas łaciną zapisali w księgach nazwę wioski jako Ustrino, a nazwę góry jako Czan - torium.
Tatarski CHAN czytany CZAN i namiot TORUIM tworzy naszą nazwę.

O czartach i śpiących rycerzach.
Mniej przyjazną teorią jest zniekształcone, podobno, słowo Czantoryja.
Różne legendy i grupy językoznawców twierdzą, że to od słów "rozryta przez czarty" i stąd też twierdzenie, że w górze znajdują się jakieś diabelskie moce. Co do rozrycia przychylam się do wypowiedzi, że bardziej niż przez czarty jest zryta przez krety.

Wśród legend górują zbójnickie skarby, śpiący w podziemnych komnatach rycerze i wspomniany Czyngis - chan i jak w każdej pewnie jest niejedno ziarenko prawdy.

Śpiący rycerze i legendy o nich.
Wiele jest zapewne wersji, ale już na samym początku poszukiwań opowieści spotykamy dwie różne informacje.
Jedna z nich podaje że są to rycerze Jana III Sobieskiego a druga, że to rycerze Chrobrego.

Poza legendami, okolice Czantorii są bogate w historyczno - religijne dzieje.
Jestem przekonany, że wiele jeszcze przede mną, ale udało mi się odwiedzić Spowiedzisko i Pomnik Partyzantów pod Małą Czantorią.



Stało się to w Nydku czy w Ustroniu?
Poniższe opowiadanie zostało sklejone z kilkunastu różnych historii, po to by było więcej prawdopodobne.
Żeby zasięgnąć więcej informacji przeszukałem nie tylko polskie strony ale i te w czeskim języku.
Źródła podają raz Nydek, raz Ustroń, ale większość (i tych polskojęzycznych) skłaniają się do Nydku.

Pierwsza wersja
Zdarzyło się to dawno dawno temu w czasie Świąt Wielkanocnych, kiedy ni stąd ni z zowąd przed kuźnią Niedoby w dzisiejszym Nydku pojawił się  rycerz w lśniącej zbroi.
Poprosił zdziwionego kowala o zrobienie trzystu hartowanych podków w ciągu trzech dni.
Kowal stał przed chałupą jak skamieniały, ale kiedy dostał od rycerza sakiewkę srebrniaków, wziął się ostro do pracy.
Za trzy dni podkowy były gotowe a rycerz już czekał za drzwiami i chwalił poczciwego kowala. Załadowali podkowy na konia i odjechali razem w kierunku Czantorii.
Nagle zatrzymali się przed wielkim otworem w skale a przechodząc wąskim kamiennym korytarzem za chwilę stali na kamiennym dziedzińcu, koło którego wyrastały mury podziemnego zamku.
Kowal miał za zadanie podkuć trzysta koni rycerzy śląskich, którzy jako wojsko narodowe czekają w Czantorii, by pomóc Śląsku w ciężkich czasach.

Cały rok kowal przymierzał podkowy, wypalał rogi kopyt i przybijał podkowy.
Pierwsza podkowa, druga podkowa i wreszcie została ostatnia.
Rycerz w lśniącej zbroi pochwalił kowala i w nagrodę dał mu wór lekki jak piórko. Kowalowi wydawał się zbyt lekki na tyle ciężkiej pracy i w milczeniu opuścił dziwną jaskinię.
Inne źródła podają, że za pracę otrzymał stare podkowy.

Kiedy się odwrócił kamienny zamek zniknął a Czantoria starannie ukryła tajemne wejście.
Dopiero w domu otworzył wór i zrozumiał, jak bardzo rycerz mu się odwdzięczył.
Na stół wysypały się złote i lśniące srebrne monety.
Co do drugiej wersji stare podkowy zamieniły się w złoto.

Kowal Niedoba i cała wieś cieszyli się i dziękowali tajemniczym rycerzom a w ich rodzinach już nigdy nie było biedy.
A ci gdzieś we wnętrzu Czantorii w olbrzymiej i pozłacanej komnacie za stołami wieki całe śpią i czekają, aż zagra trąbka do boju, aby wyplenić zło i rozsiać miłość i sprawiedliwość po całym Śląsku albo nawet całym świecie.

Druga wersja, zbliżona do pochodzenia nazwy góry, czyli Czantoryja.
Rycerze króla Sobieskiego, zmierzali pod Wiedeń, żeby rozprawić się z Turkami.
Zostali oni zaskoczeni przez burzę i uwięzieni przez złośliwego ducha w jaskini Czantorii, razem z dukatami, które wieźli ze sobą.

Wejście do jaskini otwierało się tylko raz w roku i żeby zdobyć skarby, trzeba było najpierw sporządzić, z ogarków niedopalonych świec w Dzień Zaduszny - grubą świecę.
Następnie w noc świętojańską wejść do jaskini. Przebywać w niej można było tylko tak długo, jak długo paliła się świeca.

Śmiałek, którego by zaślepiła chciwość i pozostałby w jaskini dłużej, nie mógł się już wydostać, bo jaskinia zamykała się po dopaleniu się świecy.
Wielu próbowało szczęścia, ale zaślepieni skarbami pozostawali w jaskini na zawsze, a ich pokutujące dusze straszą turystów i pijaków zabłąkanych nocą wokół Czantorii.

W Ustroniu mieszkał kowal Feliks Drzystoń, a u niego terminował kowalczyk Karlik, który chociaż niewiele zarabiał pracował pilnie.
Mieszkał tylko z mamą, która była wdową, dlatego byli biedni.

Pewnego razu majster poszedł do gospody, a Karlikowi kazał kuć podkowy.
Wtedy przed kuźnią pojawił się jakiś człowiek i poprosił o podkucie kilka koni.
Konie te miały stać pod Czantorią.

Wieczór już zapadał kiedy Karlik z obcym poszli w kierunku góry.
Zatrzymali się pod skałą, nieznajomy coś mruknął i skała się rozstąpiła. Weszli do ogromnej groty pełnej rycerzy i skrzyń z dukatami, na których siedziały wielkie żaby z wytrzeszczonymi oczami.

Karlik podkuł pięć koni i jako zapłatę wziął jednego najmniejszego dukata. Nieznajomy obiecał mu wielkie bogactwo, ale warunkiem było zachowanie tajemnicy.
Pieniądz, który chłopak otrzymał od dziwnego człowieka, miał czarodziejską moc, bo chociaż Karlik kupował różne rzeczy, następnego dnia zawsze znajdował ten sam pieniądz w kieszeni.

Od tego czasu Karlik stał się bogatym człowiekiem. Wybudował matce porządny dom, kupił krowy, świnie, kury, a ludzie w Ustroniu dziwili się, skąd nagle Karlik stał się tak zamożny, ale on zachował tajemnicę.
Żył szczęśliwie i dostatnio do końca życia. I tylko szary duży kot, który był przyjacielem Karlika znał jego sekret (i pewnie opowiedział tę historię).

Nikt dotąd nie znalazł jaskini, która czeka na odkrywcę.
Historia bardzo przypomina legendę z Tatr, ale to nikomu nie przeszkadza, bo Beskid Śląski nie jest gorszy od nich i też ma swoich rycerzy.

Trzecia wersja.
Na św. Jana we Wrzecionowej Dolinie rozlega się tambur i z trzaskiem otwiera się skalna brama jaskini, w której spoczywają śpiący rycerze. Jeden z rycerzy wychodzi, rozgląda się uważnie, a zapytany przez współtowarzyszy, czy już mają ruszać, odpowiada - nie.
Brama zamyka się na powrót, aż do następnego św. Jana.

Raz zdarzył się wyjątek, gdy jeden z ustrońskich kowali został zaproszony do podkucia koni śpiących rycerzy. Gdy wreszcie kowal ukończył robotę, rycerz zapytał o zapłatę. Na odpowiedź, że weźmie wszystko, co otrzyma, rycerz napełnił worek kowala końskim łajnem. Zeźlony kowal wysypał łajno rycerzowi pod nogi i poszedł.

Schodząc z Czantorii, wstyd mu było pokazywać w domu worek zabrudzony końskimi odchodami. Jakież było zdziwienie kowala, gdy zamiast resztek łajna z worka wyleciały grudki złota. Zawrócił czym prędzej na Czantorię, mocno żałując swojej porywczości, ale ani drogi, ani wrót do jaskini nie znalazł.
Ta wersja podobno została zapisana przez Lucjana Malinowskiego (1839 - 1898).
Niestety nigdzie nie znalazłem żadnej wzmianki o Wrzecionowej Dolinie.

Okolice, szlaki i wieża na szczycie.
Na Czantorię prowadzi kilka szlaków, albo wyciąg krzesełkowy, który również przystosowany jest do zawieszenia roweru.
Miejsce to cieszy się ogromną popularnością.
Z racji tego, że mieszkam blisko, miałem okazję byś już chyba kilkanaście razy i zawsze jest sporo ludzi.

Wycieczkę można zakończyć już na polanie pod Czantorią, ale wtedy ominęła by nas przyjemność ze skorzystania z głównej atrakcji jaką jest, chyba, wieża, z której rozlegają się piękne widoki na czeską i polską stronę.
Wieża stoi po czeskiej stronie granicy i należy do Czechów, ale tu to nie ma znaczenia, szczególnie jeśli chodzi o język.
Poza dużym wyborem jedzenia i picia w bufecie lub zakupieniem pamiątek można też skosztować regionalnej Mioduli w różnej postaci.


Droga do szczytu wiedzie szeroką kamienistą leśną ścieżką.
Wejście na wieżę jest płatne, ale przy dobrej pogodzie mamy przed sobą fantastyczną panoramę Beskidu Śląskiego.
Czeska panorama to również Beskid Śląski, gdzie jak na dłoni widać Najbliżej położony Nydek i okoliczne miejscowości.
Przy bardzo dobrej widoczności widać nawet słowackie Tatry.

Wybór trasy dość bogaty.
Możemy wybrać się albo na Stożek przez Przełęcz Beskidek i Soszów, albo w drugą stronę przez Małą Czantorię do Lesznej Górnej lub Ustronia.
Wybierając druga opcję dojdziemy do czeskiego schroniska, a kawałek dalej możemy zakończyć wycieczkę korzystając z wyciągu Poniwiec.

Poza wyborem w prawo lub w lewo możemy pójść prosto. Do Nydku.
Do Nydku da się dojść przeróżnymi drogami, czy to z kierunku na Stożek czy w druga stronę.
Do atrakcji czeskich szlaków należy np. Ścieżka Rycerska czy kilka źródełek, z których jeden nosi nazwę Studanka.
Również bardzo ciekawym miejscem ukrytym w lesie jest Pomnik Trzanowskiego.


Znacie jakieś ciekawe hipotezy co do pochodzenia nazwy Czantoria albo ciekawostki dotyczące jej okolicy?Napiszcie w komentarzu.

Na temat odwiedzonych przeze mnie miejsc ze zdjęć, znajdziecie posty wpisując odpowiednie słowo do pola "znajdź u Toniego".

1 komentarz:

  1. Post edytowany.
    Dodałem szczegóły dotyczące Czyngis-Chana i trzecią wersję legendy o śpiących rycerzach.

    OdpowiedzUsuń

Twój komentarz jest dla mnie bardzo ważny. Dziękuję.